O karboksyterapii nie piszę na blogu zbyt często, gdyż jest to bardziej zabieg kosmetyczny niż medyczny. Ponieważ jednak spotykam się w związku z tym zabiegiem z wieloma paradoksami i powikłaniami, dzisiaj będzie na ten temat

karboksyterapia

Zabieg polega na podaniu gazu CO2 igłą pod skórę, fot. arch. własne

Przypomnę, że karboksyterapia to zabieg podania pod skórę dwutlenku węgla, który, mówiąc w dużym skrócie, prowadzi do czasowego lepszego dotlenienia i ukrwienia okolic zabiegu. Jeśli wykonujemy ten zabieg jednorazowo, jego efekt szybko zniknie, ale jeśli wykonujemy go w serii, np. 10 zabiegów, to w miejscu zabiegowym utrzymuje się, ponieważ dochodzi do wytworzenia nowych naczyń krwionośnych, i w konsekwencji mamy lepsze ukrwienie, które sprawia, że skóra wygląda lepiej, bo jest lepiej odżywiona i natlenowana. I to jest główny mechanizm działania tego zabiegu.

Karboksyterapia ma jedno podstawowe wskazanie estetyczn – cellulit. Rzeczywiście, bardzo dobrze się sprawdza przy cellulicie pierwszego i drugiego stopnia, a czasem też w początkowej fazie stopnia trzeciego. Cellulit powstaje wskutek zaburzeń metabolizmu w tkankach, a więc poprawa krążenia i dotlenienie tkanek sprzyja jego likwidacji.
Jednak, jak to bywa z popularnymi zabiegami, próbuje się także i z karboksyterapii zrobić zabieg na problemy, na które ona za bardzo nie pomoże. W gabinetach mówi się więc, że jest nie tylko na cellulit, ale też na rozstępy, blizny, pogrubienie i poprawę jakości skóry, na cienie pod oczami. Mówi się także, że już same nakłucia w czasie zabiegu mają znaczenie. Wszystko to nieprawda, jeśli porównujemy jej skuteczność do zabiegów medycyny estetycznej, a nie kosmetycznych. Medycznie będzie skuteczne w zasadzie jedynie przy trudno gojących się ranach (np. w przebiegu cukrzycy). Owszem, można ją też robić dla poprawy jakości skóry, ale z zastrzeżeniem, że efekt nigdy nie będzie porównywalny z efektem, jaki można by uzyskać, stosując zabiegi medycyny estetycznej.

Karboksyterapia pod oczy
W komunikatach medialnych na temat tego zabiegu czai się pewien paradoks. Twierdzi się mianowicie, że karboksyterapia działa nie tylko na cellulit, ale że działa lipolitycznie (czyli rozpuszcza tłuszcz), przez co np. wyszczupla nogi. Jednocześnie jednak poleca się ten zabieg na cienie pod oczami. Gdyby jednak działał on naprawdę lipolitycznie, to efekt zastosowania go pod oczy byłby odwrotny do zamierzonego, bo rozpuszczenie tkanki tłuszczowej tylko powiększyłoby cienie. Mogłyby się więc firmy, zachwalające swoją karboksyterapię, zdecydować, czy działa ona lipolitycznie czy nie, bo wygląda na to, że jak na nogi to owszem, działa, ale jak pod oczy, to już nie. Piszę to z ironią, bo przecież karboksyterapia nie ma lipolitycznego działania. Ale i to nie znaczy, że jakoś super nadaje się pod oczy. Sam nie robię pod oczy karboksyterapii i odradzam takie zastosowanie, bo ewentualne powikłania mogą być dużo większe niż możliwie do uzyskania efekty (które, notabene, można osiągnąć innymi, skuteczniejszymi i bezpieczniejszymi metodami). Przy stosowaniu karboksyterapii pod oczy mogą bowiem powstać potężne obrzęki, z którymi nie wiadomo jak sobie poradzić. W ciągu kilku miesięcy miałem kilku pacjentów, którzy się do mnie zgłosili z takimi powikłaniami. Nie byłem przy zabiegach, jakim się poddali, i nie znam szczegółów, więc mogę jedynie przypuszczać, co się wydarzyło. O ile np. przy zabiegach laserowych czy wypełnieniach lekarz ma kontrolę nad tym, jak głęboko i na jakim obszarze wykonuje zabieg, to w czasie zabiegów karboksyterapii nie da się kontrolować przepływu gazu w tkance. Płynie on tam, gdzie jest najmniejszy opór, czasem bardzo rozlegle i niekoniecznie w to miejsce, gdzie byśmy chcieli. Może być tak, że podajemy go w dolną powiekę, a bąbelki gazu wyskakują na czole. Możliwe więc, że pacjentom, o których wspomniałem, podano za dużo gazu i za szybko, więc rozerwał on tkanki. W efekcie powstał silny stan zapalny, a także zwłóknienia, które sprawiają, że skórę bardzo trudno doprowadzić do stanu sprzed zabiegu.
Na sińce pod oczami są o wiele lepsze metody niż karboksyterapia, zwłaszcza że ta nie na każdy rodzaj zasinienia zadziała, a czasem, jak widać, powoduje większe zamieszanie. W najlepszym wypadku seria zabiegów doprowadzi do zaledwie delikatnej poprawy wyglądu.
Oczywiście, jeśli ktoś potrzebuje karboksyterapii na poprawę jakości skóry, to niech ją stosuje, byleby nie pod oczy, i niech nie oczekuje spektakularnych efektów, bo to, powtarzam, zabieg raczej kosmetyczny niż medyczny.

Między raną a rozstępem
Karboksyterapia mogłaby mieć jeszcze jedno zastosowanie – na gojące się rany, bo w ich przypadku każda stymulacja poprawiająca gojenie jest wskazana. I być może stąd wziął się pomysł, żeby reklamować karboksyterapię także jako zabieg na blizny i rozstępy. A przecież blizna to nie to samo, co gojąca się rana, a już rozstępy to bardzo szczególny rodzaj blizn. Tak więc stosowanie karboksyteapii na blizny i rozstępy mija się z celem.
Teoretycznie można by ją stosować na bardzo świeże blizny z pewnym korzystnym efektem, ale jeśli podsumować straty i zyski, to jest także stratą czasu. To tylko odwleka zastosowanie lepszych i bardziej skutecznych metod, jak np. laser. A przecież im później zajmiemy się bliznami czy rozstępami tym więcej zabiegów trzeba będzie wykonać.
Reasumując – karboksyterapia jest na cellulit. O reszcie zastosowań zapomnijmy.

Share this article