Na pozór będzie to kolejny tekst o martwicy jako powikłaniu po kwasie hialuronowym. Na pozór, bo w rzeczywistości chcę napisać o bezradności osób uprawiających medycynę estetyczną wobec powikłań.
SOS, proszę o pomoc
Przywykłem do maili (i czasem telefonów) od spanikowanych pacjentów, kosmetyczek i lekarzy, z prośbami o pomoc, bo wydarzyło się coś, czego nie przewidzieli wykonując zabieg, a przede wszystkim coś, na co nie wiedzą jak zareagować.
Wczorajszy mail był niejako krokiem dalej. Osoba, od której go otrzymałem, przysłała dwa zdjęcia i mail o treści:
Przesyłam zdjęcia, jedno jest z wczoraj przed podaniem hialuronidazy, drugie z dziś. Wczoraj zostało podane ok 3 ml hialuronidazy. Klientka nie odczuwa już ucisku, bólu, który towarzyszył jej przed podaniem, obrzęk również zszedł. Zabieg wykonała kosmetyczka w sobotę wieczorem.
Bardzo proszę o opinie, czy Państwa zdaniem kwas został już usunięty i czy tak wygląda proces gojenia, czy należy jeszcze podać hialuronidazę lub poradzić, żeby udała się do kliniki/lekarza. Bierze też antybiotyk agumentin.
Można powiedzieć, że taki mail to… „postęp”, bo wcześniej ktoś robił zabieg i jak się pojawiło ostre i poważne powikłanie, odsyłał do lekarza. Teraz robi zabieg, jak jest powikłanie to leczy po swojemu, i dopiero potem – gdy to leczenie nie wyjdzie albo pojawia się niepewność – próbuje jak najmniejszym wysiłkiem uspokoić swoje sumienie i uspokoić cierpiącą klientkę, że wszystko jest dobrze, że to głupstwo było.
Problem w tym, że najczęściej wygląda to tak: zabieg był ryzykowny, nonszalancko wykonany, a leczenie powikłania – jeszcze bardziej nonszalanckie. Dokładnie tak jak w tym przypadku, który zaraz rozbiorę na czynniki pierwsze, aby pokazać jego absurd.
Być może tytuł tego tekstu powinien brzmieć „znachorzy medycyny estetycznej”, bo ten mail w swoim wydźwięku jest dla mnie przerażający. Jest dowodem na to, jak bardzo spada standard medycyny estetycznej – czy raczej tego, co się podszywa pod tę medycynę.
Czy leci z nami pilot?
Żeby łatwiej było zrozumieć, co mnie tak bardzo niepokoi w tym mailu, zacznę od kilku analogii.
Pewni rodzice kupili synowi na komunię motorynkę spalinową. Przyjęcie komunijne trwało, a dziecko chciało wypróbować prezent, więc rodzice pokazali synowi, jak się startuje i dziecko ruszyło na przejażdżkę, a rodzice beztrosko biesiadowali. Kiedy nie wróciło po kilkunastu minutach, zaczęli się niepokoić. Po godzinie zaczęli szukać. Gdy w końcu go znaleźli, okazało się, że dziecko po prostu miało problem z zatrzymaniem się, bo rodzice pokazali mu jak ruszać, ale nie przyszło im do głowy, żeby pokazać, jak się zatrzymać – więc chłopiec jeździł, aż mu się skończyło paliwo.
Nie wystarczy więc wiedzieć, gdzie i jak wbić igłę i jak się naciska tłoczek strzykawki, żeby wycisnąć z niej kwas hialuronowy i wprowadzić do ciała człowieka. To zrobi dziecko z przedszkola, bawiąc się w lekarza. Żeby być specjalistą medycyny estetycznej, żeby bezpiecznie i świadomie wykonywać zabiegi, trzeba dużo więcej. I trzeba też wiedzieć, jak zareagować, gdy coś pójdzie nie tak.
Druga analogia: kiedy podróżny wsiada do samolotu, wierzy, że maszyna jest serwisowana, ma regularnie wykonywane przeglądy, silniki są sprawne, paliwo nalane, a pilot doświadczony – trzeźwy, rozumie kokpit, potrafi odczytywać komunikaty, podejmować właściwe decyzje. Jednym słowem: że wszystko jest pod kontrolą.
A co wie klient/pacjent, kiedy siada na fotel w gabinecie medycyny estetycznej? Wydaje mu się, że wszystko jest ok, kompetentne osoby się nim zajmują, z wiedzą i doświadczeniem, stosują certyfikowane preparaty, itp. W końcu to zabieg medycyny estetycznej. Tylko czy tak jest rzeczywiście?
W praktyce często mamy operatora, który umie „ruszyć” – czyli: założyć igłę, odkazić skórę, wbić igłę i nacisnąć tłoczek. Ale co zrobi, gdy pojawi się sytuacja awaryjna?
Kiedyś, gdy kosmetyczka nie wiedziała, co zrobić z powikłaniem – odsyłała pacjenta do lekarza. Teraz pojawia się nowy trend: osoba wykonująca zabieg kombinuje na podstawie niepełnych danych, co tu zrobić. Naczytała się o martwicy, o rozpuszczaniu kwasu, więc bez diagnozy, planu i wiedzy medycznej podaje z automatu „wiaderko hialuronidazy”. A potem szuka utwierdzenia, czy to już wystarczy.
W analogii lotniczej: pilot w sytuacji awaryjnej nie kontaktuje się z wieżą, tylko zaczyna naciskać losowo przyciski. Jak bezpiecznik się wyłączy, kontrolka zgaśnie – i „problem zniknie”.
Czy taki samolot doleci bezpiecznie do celu? Jeśli problem jest błahy – może tak. Ale jeśli problem dotyczy silnika – już niekoniecznie. I dokładnie to jest moje pytanie: czy pacjent idący dziś na zabieg z kwasem hialuronowym może czuć się bezpieczny? Chyba coraz trudniej o to.
Zobacz też: Powikłania – zatkane naczynko po Ellanse
Zaufanie do medycyny estetycznej
Tego typu przypadki są zagrożeniem dla całej branży, bo jest ich coraz więcej. Spada zaufanie do medycyny estetycznej jako całości. A lekarze, którzy działają w obszarze nowoczesnej i zaawansowanej medycyny estetycznej, muszą potem ze zdwojoną siłą przekonywać, że ta branża naprawdę pomaga – skutecznie i bezpiecznie. Ale prawdziwa medycyna estetyczna, a nie pseudo.
Każdy przypadek bezradności wobec powikłań pogarsza opinię o branży. Zawsze nagłaśnia się to, co nie wyszło. Nikt nie mówi, że dziś milion samochodów pokonało bezpiecznie swoją trasę – ale że było dziesięć wypadków. Nikt nie zachwyca się tysiącem świetnie wykonanych zabiegów – zapamięta jedną pacjentkę z martwicą po kwasie hialuronowym.
Drastyczne przypadki mogą też doprowadzić do restrykcyjnych przepisów, których ofiarami będą wszyscy – i wykonujący, i pacjenci (bo ceny wzrosną).
Zatkanie naczynka przy podaniu kwasu hialuronowego w bruzdę nosowo-wargową
Wracając do maila: widzimy, że coś poszło nie tak w czasie zabiegu (wykonywanego przez nie-lekarza). Po czasie zorientowano się, że doszło do zatkania/ucisku naczynka krwionośnego. Zamiast odesłać pacjentkę do lekarza, podjęto próbę „samodzielnego poradzenia sobie” z problemem.
Tak – w takich przypadkach trzeba rozpuścić kwas hialuronowy. Zrobiono więc to, ale… podano sporą ilość hialuronidazy i nie wdrożono innego, kluczowego leczenia. Co ewidentnie wynika z braku wiedzy.
Przypomina mi to kawał o Radiu Erewań: ktoś się dowiedział, że jak jest zatkane naczynko, to trzeba podać hialuronidazę – ale ile jej, jak, gdzie i co dalej, tego już nie wie. I nie wie też, że to zaledwie fragment postępowania wdrażanego w takich przypadkach.
W opisywanym przypadku kwas hialuronowy został podany w bruzdę nosowo-wargową. Po rozwijającej się martwicy widać, że doszło do zatkania naczynka krwionośnego. Z korespondencji wynika, że pacjentka wróciła, bo czuła ból, pojawił się obrzęk i zaczerwienienie skóry.
W gabinecie rozpuszczono jej kwas i podano antybiotyk (nazwa wskazuje, że nie był to antybiotyk optymalny dla takich przypadków; podejrzewam, że nie był nawet specjalnie przepisany, tylko pacjentka dostała to, co było pod ręką). Kolejnego dnia pojawiła się refleksja, że może to nie wystarczy – i wtedy został wysłany mail do mnie.
Zobacz też: Lwia zmarszczka – martwica po podaniu kwasu hialuronowego
Jak postępować przy martwicy po podaniu kwasu hialuronowego?
Nie wiem, skąd pomysł, aby podać akurat 3 ml hialuronidazy. To jednorazowo sporo na taki problem. Być może na zasadzie: „lepiej podać za dużo, żeby mieć pewność, że rozpuści się wszystko”. Tylko że hialuronidaza nie rozpoznaje kwasu wstrzykniętego od naszego własnego – więc jak się poda jej za dużo, rozpuści też własny kwas (czyli dodatkowo pogłębi bruzdy).
Przypomnę też, że hialuronidaza nie jest środkiem obojętnym dla organizmu i może wywołać wstrząs anafilaktyczny. Nie zdarza się to często, ale trzeba być na to absolutnie za każdym razem przygotowanym.
Ciekawe, czy pacjentka miała taką świadomość, a gabinet, w którym wykonywano zabieg, był przygotowany na postępowanie w przypadku wstrząsu (odpowiednie leki, sprzęt, osoby z wiedzą i przeszkoleniem).
Nadawca maila pyta mnie: „czy problemy już znikną, czy goi się prawidłowo, czy kwas jest już rozpuszczony?”. To pytanie pokazuje brak logiki i brak wiedzy o tym, jak rozwija się martwica – i że najgorzej wcale nie jest parędziesiąt godzin po zatkaniu, tylko później.
To, że ktoś rozpuścił kwas, nie oznacza, że w tkankach nie zadziała się już szkoda, która „zniknie sama”. Dlatego w planie leczenia należy uwzględnić mnóstwo rzeczy, a nie tylko rozpuszczenie kwasu. Rozwijająca się martwica to jest już problem ogólnoustrojowy, a nie miejscowy.
Zaopatrzenie medyczne rozwijającej się martwicy to coś znacznie więcej niż rozpuszczenie kwasu hialuronowego. Nie ma cienia wątpliwości, że takie przypadki musi obejrzeć lekarz – i to najlepiej mający doświadczenie w postępowaniu z tego typu powikłaniami.
Czerwone flagi: po czym poznać, że „nie ma pilota”
- Powikłanie jest „leczone na miejscu” bez rzetelnej diagnozy i bez planu.
- Podawanie dużych dawek hialuronidazy „z automatu”, żeby „mieć spokój”.
- Skupienie na tym, czy „już rozpuściło”, zamiast na całościowym postępowaniu.
- Brak refleksji nad własnymi kompetencjami – wątpliwość dotyczy tylko tego, czy odesłać pacjentkę do lekarza.
Podsumowanie
Dziesięć lat temu osoby niekompetentne trzymały się z daleka od medycyny estetycznej. Ostatnie lata to mocna tendencja do bagatelizowania zabiegów ingerujących w organizm i przedstawiania ich jako prostych i możliwych do wykonania przez każdego po jednodniowym kursie.
Jednocześnie to okres przypisywania sobie kompetencji medycznych przez osoby niemające wiele wspólnego z medycyną. A teraz pojawia się nowy trend: „co tam powikłanie, przecież nie trzeba wiedzy medycznej, żeby leczyć powikłanie ogólnoustrojowe”.
Co będzie dalej – aż strach myśleć.
FAQ
Czy samo rozpuszczenie kwasu hialuronowego rozwiązuje problem?
Nie. Z mojej perspektywy to zaledwie fragment postępowania. Rozpuszczenie kwasu nie oznacza, że nie dojdzie do szkody w tkankach, a rozwijająca się martwica nie jest już wyłącznie problemem miejscowym.
Dlaczego duża dawka hialuronidazy może być problemem?
Ponieważ hialuronidaza nie rozpoznaje kwasu wstrzykniętego od naszego własnego – przy „za dużej” ilości może rozpuścić także własny kwas. Poza tym nie jest obojętna dla organizmu i może (rzadko, ale jednak) wywołać wstrząs anafilaktyczny, więc trzeba być na to przygotowanym.
Co mnie najbardziej niepokoi w opisanym mailu?
To, że osoba, która nie jest lekarzem, podejmuje leczenie poważnego powikłania „po swojemu”, a pytanie o odesłanie pacjentki do lekarza pojawia się dopiero później – i bardziej jako element uspokojenia sumienia niż realnej troski o bezpieczeństwo.
Disclaimer:
Powyższy materiał ma charakter informacyjny i edukacyjny.
Nie stanowi porady medycznej ani indywidualnej rekomendacji terapeutycznej.
Każdy przypadek wymaga osobistej konsultacji z lekarzem oraz odpowiedniej diagnostyki.



