Kilka miesięcy temu została zawieszona dystrybucja Aquafillingu, preparatu do powiększania piersi. Przyglądałem się tej sprawie i czas spisać obserwacje oraz wnioski.

Wiele kobiet chciałoby mieć większe piersi, ale powiedzmy sobie to wprost – nie da się tego zrobić nieinwazyjnie (fot. Fotolia)
Jak wyłączyć u ludzi myślenie
Aquafilling, czyli metoda nieoperacyjnego powiększania piersi, pojawił się około 2010 roku jako alternatywa dla zabiegów operacyjnych.
Co prawda nie była to alternatywa cenowa, ponieważ zabieg kosztował podobnie jak powiększanie chirurgiczne — kilkanaście tysięcy złotych.
Miała to być natomiast alternatywa dla inwazyjności innych metod, wymagających:
- znieczulenia,
- operacji,
- blizn.
Nic dziwnego, że metoda zrobiła zawrotną karierę.
Ta kariera jednak się skończyła, ponieważ po kilku latach stosowania okazało się, że szkód i powikłań było dużo więcej niż korzyści.
I to pomimo tego, że według producenta oraz dostępnych danych Aquafilling był produktem certyfikowanym, czyli został dopuszczony do użytku jako wyrób medyczny.
Obecna dyskusja wokół Aquafillingu jest świetną okazją, aby przyjrzeć się temu, jak w ogóle działa rynek medycyny estetycznej.
Prawda jest taka, że Aquafilling zrobił zawrotną karierę wskutek:
- niedoczytania,
- niedbalstwa,
- niedopowiedzenia,
- manipulacji.
Reklamowany był jako cudowny zabieg polegający na powiększaniu piersi przez wstrzyknięcie soli fizjologicznej.
Sól fizjologiczna brzmi superbezpiecznie, bo to przecież tylko woda z solą, czyli coś, co kojarzy się choćby z kroplówkami podawanymi w szpitalach ciężko chorym pacjentom.
Skoro więc preparat miał być „na bazie soli fizjologicznej”, zabieg również miał wydawać się bezpieczny.
Taki manipulacyjny przekaz zastosowano wobec wszystkich:
- dystrybutora preparatu,
- lekarzy,
- pacjentów.
Myślenie o tym zabiegu przez pryzmat soli fizjologicznej, czyli słonej wody, całkowicie bezpiecznej, tak naprawdę wyłączyło racjonalne myślenie.
Co mieści się w 2 procentach składu
Mało kto zadał sobie podstawowe pytanie: jak w ogóle można powiększyć piersi wodą z solą?
Gdyby cokolwiek dało się skutecznie powiększyć wodą, byłaby ona powszechnie wykorzystywana w medycynie estetycznej.
A przecież nie powiększamy ust wodą.
Jasne, można wstrzyknąć wodę i ona chwilowo zwiększy objętość tkanek. Ale tylko na chwilę.
Przeanalizujmy preparaty kwasu hialuronowego stosowane w medycynie estetycznej.
To, co wstrzykujemy na przykład w usta, nie jest czystym kwasem hialuronowym.
W preparacie jest go około 20 procent.
Reszta to dodatki, w tym sól fizjologiczna, stanowiąca około 70 procent.
Musi więc być w preparacie coś, co tę wodę żeluje i utrwala.
I tak właśnie jest. W preparatach znajduje się „chemia”, która powoduje, że sól fizjologiczna nie wchłania się zbyt szybko.
Co takiego znajduje się zatem w Aquafillingu?
Czysta sól fizjologiczna?
Nie.
Soli fizjologicznej jest 98 procent, niby bardzo dużo.
Ale czym jest pozostałe 2 procent?
Zastanawia mnie, dlaczego wszyscy, patrząc na skład Aquafillingu, widzieli 98 procent soli fizjologicznej, a nie zwracali uwagi na pozostałe 2 procent.
Interesowałem się Aquafillingiem w 2015 roku.
Sól fizjologiczna i potencjalne bezpieczeństwo zabiegu działały na wyobraźnię, ale gdy przeczytałem skład, od razu się wycofałem.
Uznałem, że taki zabieg jest zbyt ryzykowny.
Te 2 procent według ulotki to akrylamid, a tak naprawdę poliakrylamid, czyli preparat bardzo dobrze znany od lat dziewięćdziesiątych jako trwały wypełniacz.
Znany niestety od negatywnej strony.
Nic więc dziwnego, że jego obecność w preparacie była w przekazach informacyjnych i medialnych pomijana milczeniem.
Dlaczego reklamowano sól fizjologiczną, a nie poliakrylamid
Warto zwrócić uwagę na bardzo charakterystyczne odwrócenie sytuacji.
W preparatach do powiększania ust na pierwszym miejscu mamy wodę, czyli około 70 procent składu.
Producent nie podkreśla jednak wody, tylko mówi o powiększaniu ust kwasem hialuronowym, którego jest około 20 procent.
Kremy nawilżające, w których kwas hialuronowy występuje jako mikroskładnik na jednym z ostatnich miejsc, też funkcjonują marketingowo jako kremy z kwasem hialuronowym.
A w Aquafillingu reklama poszła w drugą stronę.
Preparat promowano przez wodę, czyli sól fizjologiczną, a nie przez składnik, który naprawdę odpowiadał za powiększenie — poliakrylamid.
Nie podkreślano jego obecności, ponieważ nie jest to składnik dobry dla organizmu.
Poliakrylamid jako trwały wypełniacz
Poliakrylamid w latach dziewięćdziesiątych był stosowany w zabiegach modelujących twarz.
Okazał się jednak preparatem o podwyższonym ryzyku.
Jeszcze na początku lat dwutysięcznych pojawiały się publikacje, że jest to dobry materiał do wypełniania tkanek, ponieważ daje trwałe efekty.
Publikacje te bazowały jednak na zbyt krótkich obserwacjach i przestarzałym pojmowaniu medycyny estetycznej, w którym trwałość była cechą nadrzędną i pożądaną.
Tymczasem trwałość pewnych zabiegów okazała się niekorzystna w kontekście:
- postępujących zmian fizjologicznego starzenia,
- nieestetycznego przemieszczania się wypełniaczy.
Myślę, że spora część z nas słyszała o tym, żeby nie grillować, bo grillowanie jest niezdrowe.
W czasie grillowania wytwarzają się niezdrowe związki chemiczne, między innymi akrylamid.
Wśród niekorzystnych doniesień na temat akrylamidu pojawiały się informacje, że może mieć działanie:
- neurotoksyczne,
- rakotwórcze,
- negatywnie wpływające na rozwój płodu.
Skoro wiadomo o niekorzystnym działaniu akrylamidu, który jest podobnym związkiem i wytwarza się w czasie smażenia oraz występuje w przetworzonej żywności, na przykład w chipsach, to istnieją uzasadnione podejrzenia, że poliakrylamid może mieć podobne działanie.
Tykająca bomba
Nawet gdyby pominąć potencjalne działania ogólnoustrojowe poliakrylamidu, pozostaje bardzo niekorzystne działanie lokalne.
U kobiet, u których wystąpiły powikłania po Aquafillingu, nie sposób usunąć wstrzykniętego preparatu w prosty sposób.
Jest on tak bardzo inwazyjny, jeśli chodzi o integrację z własną tkanką, że nie da się go wyczyścić.
Preparat:
- łączy się z tkanką,
- nacieka,
- przenika,
- wkleja się w tkanki.
Nie da się go:
- odseparować,
- wyskrobać,
- rozpuścić.
Trzeba go wyciąć razem ze zdrową tkanką.
Można to sobie wyobrazić jak dwie gałki lodów: żółte i czerwone, które się ze sobą wymieszały.
Trudno z takiej mieszaniny wybrać lody tylko jednego koloru.
Teoretycznie zabieg miał wystarczać na 5 lat, a po tym czasie efekt miał znikać.
Ale to nie jest prawda.
Poliakrylamid jest trwałym wypełniaczem, więc nie znika.
Pozostaje w organizmie, w dodatku w formie zintegrowanej z własnymi tkankami.
To oznacza, że jest tykającą bombą.
Może nic się nie wydarzyć przez 3 lata, ale powikłanie może pojawić się po 10 latach, gdy pacjentka już dawno zapomni, że miała taki zabieg.
Jakie powikłania może dawać Aquafilling
Kolejną negatywną cechą poliakrylamidu jest to, że może powodować:
- stany zapalne,
- ziarniaki,
- infekcje,
- zwłóknienia.
I statystycznie tych powikłań daje dużo.
Pamiętajmy, że powiększanie piersi nie jest procedurą ratującą życie, ale zabiegiem estetycznym.
W zabiegach ratujących życie skuteczność na poziomie 50 procent może oznaczać aż połowę szansy na przeżycie.
W zabiegach upiększających akceptowalność ryzyka musi być znacznie niższa.
W medycynie estetycznej przyjmuje się za akceptowalne jedno powikłanie na tysiące zabiegów.
W przypadku Aquafillingu statystyki były dużo gorsze.
Nie dość, że występuje wiele działań niepożądanych poliakrylamidu, to dodatkowo dawki podawane przy powiększaniu piersi są duże.
W czasach, gdy stosowano go jako wypełniacz do twarzy, preparatu podawano stosunkowo niewiele w porównaniu z ilościami stosowanymi przy wypełnianiu biustu.
Aby powiększyć piersi, potrzebne jest kilkaset mililitrów Aquafillingu.
Przy podaniu przykładowo 200 ml mamy aż 8 ml czystego poliakrylamidu.
Ekspozycja na niego jest więc duża.
Niebezpieczeństwo wynikające z komunikowania bezpieczeństwa
Komunikowanie zabiegu jako bezpiecznego, bo opartego na soli fizjologicznej, prowadziło do kolejnego zagrożenia.
Nie było odpowiedniego rygoru doboru pacjentów.
Oznaczało to podawanie preparatu także osobom, które miały na przykład początki choroby immunologicznej.
Zbyt duża liczba pacjentów źle zakwalifikowanych do zabiegu znacząco przyczyniła się do dużej liczby powikłań.
Pozostaje też pytanie, czy preparat, który sprzedawano, był rzeczywiście tym, czym miał być.
Czy produkowano dokładnie to, co zgłoszono w rejestracji?
Tego nie wiem.
Jeśli znajdowały się w nim inne substancje, inne stężenie składników albo w procesie technologicznym nie trzymano parametrów, wszystkie te czynniki mogły nałożyć się na tak dużą statystykę powikłań.
Piersi nie dla medycyny estetycznej
Medycyna estetyczna nie ma szczęścia do piersi.
A może odwrotnie — to piersi nie mają szczęścia do medycyny estetycznej.
Uważam za ogromną manipulację i wręcz eksperyment na zdrowiu kobiet wprowadzenie takiego preparatu jak Aquafilling.
Skoro kilka lat temu wycofano z użycia preparaty oparte na kwasie hialuronowym, które były dużo bezpieczniejsze, to jak można było dopuścić do stosowania preparatu z poliakrylamidem?
Kwas hialuronowy do powiększania piersi wycofano nawet nie z powodu bezpośredniego niebezpieczeństwa zabiegu czy preparatu.
Chodziło o to, że zabieg wymagał powtarzania co kilka lat, co powodowało zwłóknienia w piersiach.
Zwłóknienia same w sobie nie są niebezpieczne, ale piersi to gruczoł, który pełni określone funkcje, na przykład karmienie niemowląt, a zwłóknienia mogły je zaburzać.
Poza tym wypełnianie piersi kwasem hialuronowym utrudniało diagnostykę w kierunku potencjalnych patologii, na przykład raka piersi.
Gdy pojawiała się jakaś zmiana, nie było jasne, czy są to:
- depozyty kwasu,
- zmiana zapalna,
- zmiana nowotworowa.
Jednym słowem, potencjalne zagrożenia przewyższały korzyści i takie preparaty wycofano.
Zobacz też: Od Aquafillingu do mastektomii
Co pozostaje?
Na dziś złotym standardem powiększania piersi pozostają silikonowe implanty wszczepiane w zabiegu chirurgicznym.
Stosuje się też lipotransfer, czyli autologiczny przeszczep tłuszczu, ale metoda ta sprawdza się tylko przy małej objętości biustu.
W tych metodach również nie ma hurraoptymizmu, dlatego cały czas poszukuje się nowych rozwiązań.
Implanty są wyrobem medycznym, który nie gwarantuje stuprocentowego bezpieczeństwa.
Nadal jest to ingerencja czegoś sztucznego.
Implant:
- może przeciekać,
- może pęknąć, na przykład w wypadku samochodowym,
- może dawać reakcje alergiczne, nawet po 10 latach od wszczepienia.
Najbezpieczniejszy teoretycznie byłby wspomniany lipotransfer, czyli autologiczny przeszczep tłuszczu.
Ale on również ma wiele ograniczeń.
Sprawdziłby się przy niewielkim powiększeniu biustu, a ten problem dotyczy zwykle kobiet szczupłych, które mają zbyt mało własnego tłuszczu, aby poddać się temu zabiegowi.
Pisałem o tym w artykule:
Lipotransfer – dla kogo naprawdę.
Ponieważ Aquafilling cały czas budzi emocje wśród lekarzy medycyny estetycznej i pacjentów, wrócę jeszcze do tego tematu.
EDIT: Najnowszą ofiarą Aquafillingu jest Anna Skura, która udzieliła na ten temat wywiadu Wirtualnej Polsce, opowiadając o operacjach, które przeszła, aby pozbyć się preparatu z piersi.
Polecane tematy
- Aquafilling — od powiększania do mastektomii
- Aquafilling — Anna Skura, operacja i powikłania
- Powiększanie piersi — powikłania poważniejsze i bardziej zaskakujące niż myślisz
- Powikłania w medycynie estetycznej
- Prawdziwe oblicze medycyny estetycznej
- Oszustwa w medycynie estetycznej
Powyższy materiał ma charakter informacyjny i edukacyjny.
Nie stanowi porady medycznej ani indywidualnej rekomendacji terapeutycznej.
Każdy przypadek wymaga indywidualnej konsultacji z lekarzem oraz odpowiedniej diagnostyki.



