Elżbieta Turlej napisała książkę Naciągnięte. Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliweo ofiarach nadmiernej pogoni za pięknem.

naciagniete-jak-polki-uwierzyly-ze-tylko-piekne-beda-szczesliwe-b-iext54236032 W Naciągniętych czytamy historie kobiet, które uległy kreowanej przez media modzie na bycie pięknym i szczupłym. W efekcie stały się ofiarami nieudanych zabiegów medycyny estetycznej lub operacji plastycznych, nieudanych diet, szkodliwych pomysłów na bycie zdrową i fit. Wiele kobiet wyszło z tych eksperymentów ze zrujnowanym życiem. Turlej opisuje też kulisy powstawania programów o poprawianiu urody, które większości uczestniczek zaszkodziły zamiast pomóc.
To o czym pisze Elżbieta Turlej jest obszarem, o którym mało się mówi. Ofiary zostają bez pomocy, bez wsparcia, nie mają gdzie dochodzić swoich praw. Ta książka może być szokująca. Chociaż nie dla mnie, bo ofiary nieudanych zabiegów medycyny estetycznej ciągle trafiają do mojej kliniki.
Poniżej fragment książki z moja wypowiedzią, która znalazła się w rozdziale pierwszym „Raj”

 

Na koniec rozmawiam z pięćdziesięcioletnią Y, która oddała swoje usta i policzki doktorowi B. Obiecywał, że podczas szkolenia tylko on będzie je dotykał, nakłuwał i formował. Ale kiedy położyła się na łóżku, natychmiast obok pojawiła się debiutantka w branży medycyny estetycznej. – Zrobiona – od doczepionych włosów przez błyszczące usta aż po piersi sterczące jak dwie świeżo napompowane piłki – wspomina 50-latka. – Doktor B. mówił do niej: zobacz, teraz tłoczę kwas. I nakłuwał moją dolną wargę. Potem dał jej strzykawkę i powiedział: teraz ty. Następnie zrobił inną strzykawką dziurkę w skórze lewego policzka, potem wcisnął w nią kaniulę i wpompował przez nią kwas. Wreszcie ugniatał, masował, formował policzek. A nowa w branży wciskała, pompowała, formowała i naciskała drugi.
Kurs był w sobotę. W poniedziałek nowa w branży medycyny estetycznej powiesiła w swoim „gabinecie manicure – pedicure” certyfikat z podpisem lekarza. I ruszyła z wypełnieniami, na początek skromnie, w cenach promocyjnych, czyli od tysiąca wzwyż.
Tymczasem pięćdziesięcioletnia Y po kilku dniach zauważyła, że jeden policzek (od doktora) jest wyżej od tego od debiutantki.
Warga od doktora nie odstaje i nie zapada się tak jak warga od nowej. W tej pierwszej nie ma dołków i grudek. W tej drugiej są.
I ona – jak dwudziestoletnia, niesymetryczna studentka – nie wiedziała, gdzie się schować. W komentarzach na FB i Instagramie wszyscy zauważali, że coś w niej nie pasuje. Kiedy zadzwoniła do nowej w branży, usłyszała, że nie bierze odpowiedzialności za preparat szkoleniowca. Doktor, którego złapała na komórkę, powiedział, że jest na wakacjach za granicą – od tej pory nie odbiera od niej telefonu. W profesjonalnym gabinecie medycyny estetycznej („Boże, kto to pani zrobił? Za dużo wstrzyknięte i za płytko”) zaproponowano jej hialuronidazę, czyli podanie enzymu obecnego m.in. w jadzie grzechotnika.
Enzym miał rozpuścić kwas po to, żeby potem można było wpuścić nowy. Całość: 3 tys. zł.
Pięćdziesięcioletnia Y, która jest biologiem, przypomniała sobie, że hialuronidaza jest wytwarzana przez bakterie, ale też plemniki, żeby ułatwić im wniknięcie do komórki jajowej. Dlatego, aby ostrzec młodsze koleżanki, napisała obrazowo: „Dziewczyny, nie dajcie się robić w chuja”.
To wystarczyło, żeby administrator ją zablokował. […]

Szukam danych o liczbie kobiet, które – wierząc w to samo – trafiają nie tylko do uczących się na nich kosmetyczek, ale też do legitymujących się stosownym certyfikatem adeptów medycyny estetycznej. Niestety, nikt tego jeszcze nie zbadał, bo i sama medycyna estetyczna to – jak mówią w branży – szara strefa. – Wiadomo, kto może leczyć, ale nie ma żadnych uregulowań prawnych, kto może ingerować w ciało. W Polsce nie ma też kompleksowych studiów medycyny estetycznej – mówi mi doktor Marek Wasiluk z Kliniki Triclinum, który jako pierwszy i jedyny lekarz z Polski skończył na londyńskim uniwersytecie Queen’s Mary studia z medycyny estetycznej na poziomie magisterskim (tzw. level 7). – Dzisiaj każdy, kto ma pieniądze i ochotę, lekarz, księgowa czy budowlaniec, może otworzyć ośrodek medycyny estetycznej, powiesić na ścianie certyfikat i wykonywać zabiegi z użyciem laserów czy wypełniaczy. Taki certyfikat może nawet sam sobie napisać i wydrukować, bo nie ma regulacji również dotyczących tego, kto może takie szkolenia robić. Nie ma też jasnych wytycznych, co grozi firmom, które sprzedają takim domorosłym specjalistom medycyny estetycznej preparaty czy urządzenia. Pół biedy, jeśli taka firma sprzeda dobrej jakości, bezpieczny produkt. Gorzej, jeśli budowlaniec, księgowa, a nawet lekarz chce zaoszczędzić i ściąga np. tani kwas hialuronowy z Chin czy Korei albo kupuje na AliExpress okazyjnie laser. Wtedy może wyrządzić kobiecie krzywdę. A potem zniknie, kiedy klientka będzie prosić o pomoc albo dochodzić swoich praw. Zamknie salon. Wyjedzie.
Marek Wasiluk przypuszcza, że kobiet pozostawianych po zabiegu estetycznym samym sobie mogą być setki. – Powikłaniem powinien się zająć ten, kto do niego doprowadził, ale tak się najczęściej nie dzieje – mówi. – Najgorzej, gdy zabieg wykonuje ktoś niebędący lekarzem, bo nie wie, jak poradzić sobie z powikłaniami, które zazwyczaj wymagają leczenia, i nie może przepisać recepty. Skrzywdzona klientka idzie więc do lekarza, tymczasem lekarze medycyny estetycznej nie chcą się zajmować cudzymi błędami, a lekarze innych specjalności nie mają w tym doświadczenia.
Efekt? Kobiety cierpią w samotności. Niektóre, ale to są – jak mówi dr Wasiluk – pojedyncze osoby, zbierają dowody i idą do sądu. Ale sądy po pierwsze, nie radzą sobie z orzecznictwem w nowej dla siebie dziedzinie, po drugie, niechętnie płacą biegłym, czyli lekarzom medycyny estetycznej. Ci z kolei niechętnie podejmują się występowania przeciwko kolegom z raczkującej dopiero, a więc małej branży, ale też nie zawsze są w stanie oszacować, co albo kto zawiódł. Może preparat, ale kobiety nie zawsze wiedzą, co wstrzyknięto im w policzki czy usta. Może zawinił sprzęt, ale kiedy salon znika, razem z nim zapada się pod ziemię cała dokumentacja. O ile w ogóle domorosły specjalista medycyny estetycznej takową posiadał.
– Zdumiewające, jak łatwo i bez oporów kobiety oddają swoje twarze innym – mówi mi dr Wasiluk. Niedawno zgłosiła się do niego kobieta, której kosmetyczka, znana w polskim show-biznesie, podała kwas w skórę na czole. Chciała nim wypełnić tzw. lwią zmarszczkę. Zatkała naczynie krwionośne. Skóra przestała być dotleniana i zaczęła obumierać. Kobieta dzwoniła do kosmetyczki, mówiła, że boli i miejsce po wkłuciu, i głowa, ale ta uspokajała, że tak musi być. Kiedy ból nie mijał, zgłosiła się do dr. Wasiluka. – Na początek chciałem rozpuścić kwas, ale kobieta nie wiedziała, gdzie jeszcze, oprócz lwiej zmarszczki, został podany. Kosmetyczka, która na szczęście zechciała ze mną współpracować, powiedziała, że podała „po całości” i dodała, że pewnie będę na nią krzyczał za to, co zrobiła – opowiada dr Wasiluk. – Przyszły do mojej kliniki razem. Wydawały się zaprzyjaźnione. Nie wyczułem w ich relacji ani jasnego podziału na winowajcę i ofiarę, ani oczywistej w tej sytuacji wściekłości ofiary i skruchy winowajcy. A przecież rozpuszczenie kwasu to dopiero pierwszy etap leczenia. Zaleciłem siedem różnych leków, w tym pięć na receptę. Przed pacjentką jeszcze kilkanaście innych zabiegów. Dwa lata leczenia. Za coś, co miało być tanie, zapłaci 50 razy więcej.

Share this article