Branża medycyny estetycznej rozwija się bardzo szybko. Powstaje wiele nowych gabinetów, coraz więcej lekarzy próbuje  się tym zajmować, nie zdając sobie sprawy, jak trudna to dziedzina, i że nie wystarczy kilkugodzinny czy jednodniowy kurs, by zostać lekarzem medycyny estetycznej z prawdziwego zdarzenia.

 

Aby zostać lekarzem medycyny estetycznej nie wystarczą dobre chęci (fot. Berzin/Pixabay)

Aby zostać lekarzem medycyny estetycznej nie wystarczą dobre chęci (fot. Berzin/Pixabay)

Wiedza, co i jak należy wstrzyknąć, zupełnie nie wystarcza. Zwłaszcza, że przecież strzykawka nie jest codziennym narzędziem, którym pracuje przeciętny lekarz. W zasadzie to głównie anestezjologów, większość lekarzy pracuje przede wszystkim głową lub operują narzędziami, a nawet jeśli używają strzykawki, to ich iniekcje nie wymagają takiej precyzji, jaka jest konieczna w medycynie estetycznej.

Pierwsza podstawowa różnica między medycyną estetyczną i innymi działami medycyny tkwi w odmiennych priorytetach. Dla zwykłego chirurga priorytetem jest, żeby wyciąć lub naprawić co trzeba, a pacjent żeby przeżył. To jest najważniejsze, plus brak komplikacji przy zabiegu, a nie estetyka. Jeśli ktoś ma złamaną nogę, to priorytetem jest złożenie kości, a nie wielkość blizny, jaka pozostanie po zabiegu. Wprawdzie estetyka i tutaj zaczyna się liczyć coraz bardziej, ale jednak nadal jest wiele osób z mało estetycznymi bliznami po cięciach, i nie ma wątpliwości, że można było wykonać je lepiej. Tak więc w „zwykłej” medycynie na pierwszym miejscu jest bezpieczeństwo, na drugim ograniczenie powikłań, a dopiero na trzecim estetyka.

Druga różnica dotyczy ryzyka. W „zwykłej” medycynie trzeba zawsze wyważyć, jakie ryzyko niesie zabieg i jakie może przynieść korzyści. Przykładowo, jak ktoś przychodzi do szpitala ze zwężonymi tętnicami wieńcowymi, to albo można nie podjąć żadnego działania i pacjent niedługo umrzeć, albo wprowadza się stenty, co jest ryzykowne (pacjent też może umrzeć w czasie zabiegu), ale jak zabieg się uda, to problem znika na wiele lat. Choć więc zabieg nie jest całkiem bezpieczny, to z kalkulacji korzyści i ryzyka wychodzi, że jest on i tak najczęściej lepszym rozwiązaniem, niż zaniechanie go.

W medycynie estetycznej jest inaczej. Zabiegi muszą być super bezpieczne, bo nie ratujemy życia, a pacjent przychodzi do gabinetu zdrowy. Oczywiste jest więc, że medycyna estetyczna nie wymaga aż pięciu lat nauki. To nie znaczy jednak, że można się za nią brać po szybkim kursie, bo efekty będą brzydkie, nienaturalne, nie będzie ich wcale lub w najgorszym wypadku spowodują powikłania. A jednak gabinety medycyny estetycznej otwierają się szybciej, niż zdołają się kształcić lekarze medycyny estetycznej. Dlatego wcale nie dziwi, że królują w nich trzy produkty: botoks, kwas hialuronowy do mezoterapii oraz kwas hialuronowy jako wypełniacz. U mnie jest inaczej – na mojej liście produktów/zabiegów botoks jest na piątym miejscu (używam go okazjonalnie, bo przy pewnych wskazaniach nie ma konkurencji), kwas hialuronowy jako wypełniacz jest na miejscu ósmym (robię nim głównie modelowanie ust, wypełnienie bruzd nosowo-wargowych i zmarszczki na czole), a kwasu hialuronowego do mezoterapii nie używam prawie wcale. Kwas hialuronowy owszem, sprawdza się u pacjentów w wieku 20-30 lat, bez poważnych problemów urodowych. Jeśli 1-2 ml kwasu hialuronowego wystarcza do skorygowania całej twarzy to uznaję, że było uzasadnienie do zastosowania tej metody.

Zdarza się, że lekarz chwali się dwuletnim doświadczeniem w medycynie estetycznej. Cóż, przy stosowaniu wymienionych przeze mnie trzech zabiegów można zdobyć doświadczenie bardzo szybko. Jeśli się bardzo dobrze zna anatomię mięśni, to aby dobrze robić botoks, wystarczy 20 pacjentów. Podobnie jest z mezoterapią. Problem w tym, że jeśli po dwóch latach praktyki lekarz robi tylko te trzy rzeczy plus pilingi, to znaczy, że wielu metod i technik dostępnych i bardzo dobrych nie zna.

Dlaczego lekarze tak chętnie poprzestają na kilku prostych zabiegach i preparatach? To wynika stąd, że bardzo często ich głównym zajęciem jest co innego (chirurgia, neurologia, okulistyka, itp), a medycyną estetyczną tylko sobie dorabiają i nie mają dość czasu, żeby się tym zająć na poważnie i zainwestować we własny rozwój i sprzęt. W ten sposób działa pewnie około 80 proc. miejsc, które znam. Jeśli ktoś ogranicza medycynę estetyczną do kwasu hialuronowego i botoksu to nie ma mowy o jakimkolwiek holistycznym spojrzeniu na pacjenta. A pacjent przychodzi, bo nie ma świadomości, co można zrobić z jego problemem estetycznym, i potem bywa niezadowolony. Nie twierdzę, że lekarze robiąc to kierują się wyrachowaniem. Myślę raczej, że po prostu brak im świadomości, czym naprawdę jest medycyna estetyczna i co może dać. Że to nie jest kosmetologia, że jest bardzo dużo dostępnych metod, preparatów urządzeń, technik, wiedza jest szeroka, że do każdego pacjenta trzeba dobrać optymalną terapię, często łączyć różne metody.

Niedawno wybrałem się na szkolenie. Producent kwasu polimlekowego zaprosił doświadczonych już w używaniu tego preparatu lekarzy na dodatkowe szkolenie na temat jego nowych możliwości. Poszedłem, żeby się wymienić doświadczeniem z innymi lekarzami, a także sprawdzić, czy w tej dziedzinie jest coś, czego jeszcze nie wiem, bo jak wiadomo, kwasu l-polimlekowego używam od dawna i w dużych ilościach. To co zobaczyłem, trochę mnie zaskoczyło. Lekarze, którzy teoretycznie mieli doświadczenie, nie wiedzieli, gdzie wstrzyknąć preparat, aby uzyskać pożądany efekt estetyczny, ile go wstrzyknąć, a do tego… trzęsły im się ręce. Byłem jedynym lekarzem oprócz prowadzącego szkolenie, który wiedział jak się to robi.

Jeszcze inny ciekawy przypadek opowiedziała mi pacjentka. Była w renomowanej klinice, aby jej rozpuszczono kwas hialuronowy, podany gdzie indziej. Zaproponowano jej zrobienie tego przy pomocy HIFU. Tydzień później poszła na zabieg do tej samej kliniki, ale do innego lekarza. Powiedziała mu, że tydzień wcześniej miała robione HIFU, a on pyta: „A co to jest HIFU”?

Reasumując, pacjenci powinni sobie uświadomić, że botoks, kwas hialuronowy i pilingi to nie jedyne narzędzia medycyny estetycznej. Metod i technologii, jakimi operuje ta branża, jest bardzo wiele, więc jeśli chcą być potraktowani holistycznie, niech wybierają specjalistów, których doświadczenie nie sprowadza się do wprawy we wstrzykiwaniu kilku preparatów. Niech wybierają lekarzy, których umiejętności wykraczają poza to, co pokazują na szkoleniach dystrybutorzy najpopularniejszych preparatów. Medycyna estetyczna to fascynująca dziedzina, o ogromnych możliwościach, tylko trzeba jej poświęcić więcej czasu niż dwa popołudnia w tygodniu.

I jeszcze na koniec chciałbym napisać, że nie jest moim celem dyskredytowanie lekarzy. Chodzi mi przede wszystkim o bezpieczeństwo i dobro pacjentów, oraz podnoszeniu jakości usług medycyny estetycznej. Bo to na lekarzu, profesjonaliście spoczywa etyczny obowiązek oferowania optymalnej terapii. Pacjent nie musi się na tym znać, i najczęściej nie jest świadomy, jakim zabiegom się poddaje.

Dlatego, jeśli jakiś lekarz ogranicza się to botoksu i kwasu hialuronowego, i na przykład wyspecjalizował się w powiększaniu ust, tak się pozycjonuje, a jeśli przychodzi do niego pacjent wymagający innego zabiegu, to nie stara się na siłę coś robić, tylko kieruje do kogoś kompetentnego w laserze frakcyjnym, to jest to bardzo etyczne postępowanie.

 

Share this article