W kwestii edukacji w medycynie estetycznej panuje dziki zachód, czyli brak standardów i przejrzystości nauczania oraz niestety brak woli, żeby to zmienić.

W medycynie estetyczne nie istnieją standardy nauczania Obraz  Konstantin Kolosov z  Pixabay

W edukacji medycyny estetycznej mało jest wiedzy medycznej opartej na dowodach (fot. Konstantin Kolosov z Pixabay)

Brak podbudowy naukowej

O edukacji w medycynie estetycznej można powiedzieć, że jest sporo odmienna od typowej edukacji, gdyż mało w niej EBM (evidence-based medicine), czyli wiedzy medycznej opartej na faktach, na dowodach. To wynika z kilku przyczyn:
– kwestia estetyki jest sprawą względną; w ocenie, co jest ładne, a co nie, nie istnieją normy obiektywne;
– w medycynie estetycznej stosuje się głównie wyroby medyczne, a regulacje rejestracyjne w stosunku do nich są znacznie mniej restrykcyjne niż do leków – nie wymagają zbyt wielu (lub w ogóle) badań;
– jeśli już są badania, dotyczą one na ogół bezpieczeństwa, a w mniejszym stopniu skuteczności;
– ponieważ nie ma obowiązku badań, producent woli ich nie robić, bo jak wyjdzie mu z nich, że jego sprzęt ma skuteczność 5%, jest to dla marki samobójstwo. Większość woli więc udawać i żyć złudzeniami, że coś działa, bez żadnego obiektywnego poparcia tego w faktach;
– badania kosztują i zajmują czas, który producenci wolą przeznaczyć na sprzedaż;
– producencie nie znają się na badaniach, więc jeśli nie są one niezbędne, wolą tego nie robić;
– już prawie w ogóle nie ma badań porównawczych.

Jednym słowem, lekarz medycyny estetycznej, który przedkłada fakty naukowe nad marketingowy przekaz, ma do dyspozycji niewiele wiarygodnych źródeł badań.

Wybiórcze kursy

W nauczaniu medycyny estetycznej dominują szkolenia i kursy praktyczne. Niestety, gdy spojrzymy na ich programy, zobaczymy, że jest tam bardzo mało podejścia kompleksowego. Jeśli jest kurs podawania botoksu w czoło albo kurs powiększania policzków tłuszczem, to skoncentrowany jest on tylko na tych aspektach. Kursy są głównie organizowane w celach sprzedażowych, chodzi o to, aby lekarze chcieli wykonywać te konkretne zabiegi i używali tych konkretnych produktów. Mówi się więc na nich o rzeczach przyjemnych, a pomija raczej negatywne aspekty wykonywania zabiegów, możliwości powikłań. Mało się mówi, lub w ogóle, o diagnostyce, starzeniu się, alternatywnych metodach i konkurencji W zasadzie to trudno się temu dziwić, skoro cele kursu są komercyjne. Nikt nie chce zniechęcić kursantów, a i oni wolą być zachęceni niż straszeni konsekwencjami nieudanych zabiegów. Takim kursom nie można też zarzucić manipulacji. Jest to po prostu wybiórcze potraktowanie tematu, dokładnie tak jak to robią wszystkie firmy w swojej codziennej praktyce. W końcu ciągle słyszymy, że ten proszek czy płyn do prania jest najlepszy czy najskuteczniejszy.

Oszustwo, manipulacja czy półprawda?

Mówi się dużo o tym, że firmy farmaceutyczne oszukują i manipulują danymi. Mogę powiedzieć z pełną świadomością, że firmy nie oszukują (a przynajmniej nie tak, jak nam się wydaje). Kilka lat temu brałem udział w ogromnym projekcie kontroli funkcjonowania i zarządzania danymi dotyczącymi bezpieczeństwa leków w bardzo dużej firmy farmaceutycznej. Zrozumiałem wówczas i poznałem poznałem mechanizm, który sprawia, że czujemy się zmanipulowani, chociaż obiektywnie nic takiego się nie zdarzyło. Jako osoba zewnętrzna, niezależna, miałem sprawdzić rzetelność organizacji wewnętrznej tej firmy, systemów nadzoru nad bezpieczeństwem leków (chodziło o to , żeby ktoś z zewnątrz, niezależny i niezmanipulowany, obiektywnie mógł to ocenić). A ponieważ projekt miał najwyższy priorytet, miałem dostęp do wszelkich danych. A ponieważ projekt dotyczył ogromnej firmy, miałem możliwość doskonale ocenić jak firma działa na całym świecie (w USA, Europie, Azji). Zobaczyłem jak firma farmaceutyczna funkcjonuje, jak przebiega komunikacja, jak odbywa się przepływ danych, i zrozumiałem mechanizmy marketingu i PR. To nie jest tak, że firma oszukuje. Firmy nie robią fałszywych badań i nie oszukują lekarzy (pewnie znajdzie się czarny charakter, ale to margines). One robią coś innego – czasami przekazują lekarzowi półprawdy. Przykładowo, firma zrobiła badanie, z którego wynikało, że jej antybiotyk leczy zapalenie płuc w 80 procentach przypadków. W komunikacje z lekarzami podaje informację, że lek działa i porównuje się go z jakimś innym, gorszym lekiem na rynku, nazwijmy go A o skuteczności 70 procent. Nie podaje natomiast, że jest także lek B, innej firmy, pewnie lepszy, bo ma skuteczność 90 procent.
Dokładnie to samo dzieje się w każdej innej branży, mówi się, że samochód marki A jest mniej awaryjny od samochodu marki B, ale pomija się całkowicie, że jest bardziej awaryjny w stosunku do marki C. Czy to oszustwo? Nie. Trudno wymagać od sprzedawcy samochodu, żeby zachwalał cudzą markę. To osoba, która chce samochód kupić, musi się zdobyć na wysiłek porównania różnych danych od różnych producentów. Tak samo jest z firmami farmaceutycznymi. One podają wybiórcze dane, korzystne dla siebie. Lekarz sam ma obowiązek te dane przeanalizować, porównać z innymi.
Przekładając to na medycynę estetyczną – jeśli jakaś firma produkuje kwas hialuronowy, będzie się chwaliła na szkoleniach tym, że efekt utrzymuje się 10 miesięcy, a nie będzie wspominała o alternatywnych rozwiązaniach jak np. biostymulator i nie będzie mówić, że efekt biostymulatora utrzymuje się np. 24 miesiące.

Typowymi półprawdami są działania marketingowe i kreowanie supernowości i superhitów tam, gdzie ich nie ma. Przykładem jest plazma medyczna, która ani nie była nowością, ani nie była lepszą metodą liftingowania powiek od zwykłego laser CO2. Ale mało kto się na tym zna, a marketing zrobił swoje, więc sprzedawała się jak złoto przez kilka lat, aż nie dało się dużej ukrywać prawdy. Żeby jednak jeszcze wydrenować rynek zaczęto urządzenia do plazmy sprzedawać kosmetyczkom, a cena ich spadła z 70 tys. zł do 7 tys. zł. Tłumaczono spadek ceny rozwojem technologii, co jest bzdurą, bo technologia jest znana od lat ponad dwudziestu i jest w sumie jak na medycynę estetyczną dosyć prymitywna. Podobna historia była z kwasem hialuronowym dedykowanym specjalnie pod oczy. Żaden samodzielnie myślący lekarz medycyny estetycznej nie nabierze się na takie zagrania marketingowe.

Szkoleniowa masówka

Poziom szkoleń jest bardzo różny. Zrobiła się z tego masówka. Owszem bywają szkolenia na bardzo dobrym poziomie, dobrych firm farmaceutycznych, ale powstało też mnóstwo firm, których celem głównym jest wykorzystanie zapotrzebowania na szkolenia. Robią je więc byle jak, szukają lekarzy, którzy je zrobią tanio (raz nawet widziałem szkolenie prowadzone przez ratownika medycznego), kupują najtańsze produkty do ćwiczeń. Później widzimy w gabinecie pełno certyfikatów na ścianach z tego typu szkoleń, które tak naprawdę niewiele znaczą, nie gwarantują odpowiedniego standardu.
Najgorsze są szkolenia z urządzeń. Ciężko na nich zbyt wiele się nauczyć, bo brakuje rzetelnych informacji klinicznych, nawet dystrybutorzy ich często nie mają. Szkolenie sprowadza się do tego, gdzie jaki przycisk się włącza, jak się na panelu wybiera programy, że na blizny numer 15, na trądzik 10, a na odmładzanie 4. Prowadzący nie mają podstawowej wiedzy o urządzeniu, biofizyce i fizjologii człowieka, więc szkolenie sprowadza się do nauki wciskania przycisków. I nic się nie zmieniło od lat. Jest nawet gorzej, bo kiedyś nie było szkolących pseudofirm, a od paru lat są.

Brak standardów wszystkim na rękę

W kompleksowym kształceniu lekarzy medycyny estetycznej nie ma ustalonych standardów, systemu certyfikacji, weryfikacji danych. Mam duże porównanie różnych szkół, gdyż skończyłem dwa rodzaje studiów podyplomowych w Polsce i jedne magisterskie w Anglii na Aesthetic Medicine w Barts and The London School of Medicine and Dentistry na prestiżowym uniwersytecie Queen Mary University of London. Żadne z nich nie było w stu procentach kompleksowe, chociaż najbardziej bliskie temu były studia w Anglii (szczególnie jeśli chodzi o rzetelne podejście do metod i wskazań w medycynie estetycznej). Na podyplomowych studiach z medycyny estetycznej w Polsce wiedza bywa chaotyczna, nierównomiernie rozłożona, niektóre tematy potraktowane były dogłębnie, inne bardzo słabo. Wiedza przedstawiana jest wybiórczo, co najbardziej widać na zajęciach o urządzeniach, prowadzonych często przez dystrybutorów sprzętu a więc już założenia stronniczych.
Na pewno najlepsze były studia w Anglii, na poziomie magisterskim, mające bardzo duży rygor wiedzy. Były to studia naukowe, z mniejszym zakresem zajęć praktycznych. Ponieważ prowadzone były w oparciu (na ile się dało) o evidence-based medicine (EBM), nie było zbyt dużo nowinek (gdyż one jeszcze nie były naukowo przebadane), co było minusem. Za to panował rygor w sensie standardów – większą uwagę zwracano np. na bezpieczeństwo preparatu niż technikę podawania, czyli na zasadę primum non nocere (przede wszystkim nie szkodzić), co szczególnie w medycynie estetycznej jest ważne.

Musisz sam zostać ekspertem

Problemy z edukacją wynikają też z tego, że nie ma ekspertów, którzy byliby w stanie uczyć innych. A jak się tacy znajdują, to niekoniecznie chcą się dzielić wiedzą.
Pozostaje jedna jedyna metoda – uczyć się samemu, być typem naukowca, wynalazcy, osoby, która testuje, analizuje. A ja mam szczęście, że testowanie, odkrywanie, ulepszanie sprawi mi ogromna frajdę. Ale wiem, że nie każdy ma do tego predyspozycje i kompetencje, nie każdy zna się np. na fizyce, co jest wiedzą niezbędna do skutecznego używania urządzeń.
Lekarze słyszą np. rf mikroigłowa i myślą, że każde urządzenie, które tak się nazywa jest mniej więcej takie samo. A to nieprawda, nie ma dwóch takich samych urządzeń do rf mikroigłowej. Ktoś robi zabieg rf mikrogiłowa na rozstępy i dziwi się, że nie ma żadnych efektów, a mnie wystarczy rzut oka na aparat, którego używa i wiem, że nim tych efektów nie ma prawa osiągnąć.

Czy ten system edukacji można zmienić? Raczej w to nie wierzę, bo nikt nie ma w tym interesu. Ani firma robiąca szkolenia prosprzedażowe (bo spadnie im sprzedaż), ani firma, która szkoli tanio i byle jak (bo tanio wówczas nie będzie), ani ci co organizują studia podyplomowe nie są zainteresowani wprowadzeniem systemem nadzoru i standardów, bo wówczas musieliby podnieść standardy studiów i podniósłby się krzyk studiujących, że „jak to, tyle płacimy i jeszcze musimy się tak dużo uczyć?”. Stara gwardia, która pracuje od 20 lat na pewno też nie miałaby ochoty przystępować do systemu weryfikującego ich wiedzę, jeśli takie standardy by powstały.
I tak to się toczy, profesjonaliści z pięćdziesięcioma certyfikatami na ścianach bajerują pacjentów, którzy mają małe szanse na weryfikację ich kompetencji.

Share this article