W majowym numerze jednego z czasopism dla kobiet, nazwijmy go „X”, ukazał się dodatek poświęcony urodzie. Są w nim artykuły promocyjne i reklamy firm z branży medycyny estetycznej. Nie ma w nim mojej reklamy, chociaż ją wykupiłem. Dlaczego? Ponieważ została… ocenzurowana.

cenzura w reklamie

Zostałem prewencyjnie ocenzurowany. Inni mogą pisać, że mają cudowne metody, przecież często reklamuje się totalne bzdury i nikt tego nie kwestionuje. A ja nie mogę opublikować prawdziwej informacji, że w medycynie estetycznej zdarzają się zabiegi, po których człowiek… ślepnie, albo ma duże blizny (fot. Fotolia)

Oferta zamieszczenia reklamy w dodatku do czasopisma „X”, jak również w specjalnej edycji innego czasopisma lifestylowego (nazwijmy go „Z”), spłynęła do mnie już zimą (obsługą obu czasopism zajmowała się ta sama agencja sprzedaży reklam). Zdecydowałem się na obie. I postanowiłem, że nie będzie to reklama wizerunkowa, tylko tekst. Wykorzystałem skróconą wersję wywiadu, który przeprowadziła ze mną dziennikarka „Miasta Kobiet” i który się ukazał w tym czasopiśmie (nr 2/2016). Wywiad miał znamienny tytuł „Poprawiam po innych”. Można go też przeczytać na moim blogu [link do wywiadu Poprawiam po innych]. Opowiadałem tam, jak przychodzą do mnie pacjentki z powikłaniami po zabiegach wykonanych w innych gabinetach. Czyli, jedynym słowem, opowiadałem o mojej codziennej praktyce. Powiedziałem też, że swój rozwój zawdzięczam takim trudnym przypadkom. Wymagają one tak niestandardowego podejścia, że wiele się na nich uczę. Dlatego bardzo je lubię.

O POPRAWIANIU I PRAWDZIWYCH PRZYPADKACH NA BLOGU I NIE TYLKO

O poprawianiu, o trudnych przypadkach, piszę regularnie na swoim blogu. Trafiają do mnie osoby ze skomplikowanymi przypadkami, z którymi w innych miejscach nie dano sobie rady. Z prostej przyczyny – np. nie było w nim odpowiedniego sprzętu albo nie potrafiono wymyślić metody, która zdałaby w danym przypadku egzamin. Na blogu piszę też o osobach, które przychodzą z powikłaniami po zabiegach w innych gabinetach. Gdybym miał jako poprawki po innych traktować pacjentów, którzy przyszli nie z powikłaniami, ale po prostu dlatego, że gdzie indziej zabiegi nie zadziałały, to byłoby to aż 30 proc. pacjentów. Zarówno na blogu, jak i w wywiadzie „Poprawiam po innych” pojawił się opis przypadku pacjentki, która niemal straciła wzrok po wypełnieniu grzbietu nosa kwasem hialuronowym. Wyjątkowo rzadkie powikłanie, ale się zdarzyło.
Już po ubiegłorocznej publikacji w „Mieście Kobiet” innego materiału o tym, że jestem lekarzem od trudnych przypadków, miałem sygnały, że niektórzy lekarze zareagowali oburzeniem, że jak to – nie jestem przecież jedyny na świecie, który ma trudne przypadki. Oczywiście, że nie jestem jedyny, i wcale tak nie napisałem. Napisałem jedynie, że pacjenci zgłaszają się do mnie często z bardzo skomplikowanymi przypadkami blizn, przebarwień, rozstępami, traktując mnie jako ostatnią deskę ratunku. Że często przemierzyli inne ścieżki, ale nie znaleźli pomocy, więc przyszli do mnie. Taka jest prawda. Jeśli jakiś lekarz świetnie radzi sobie z przypadkami trudnymi i prostymi, i ma poczucie, że to co robi jest dobre i skuteczne, to pewnie w głowie mu nie powstała myśl, że mój artykuł w niego godzi. Minęło parę miesięcy. Wywiad „Poprawiam po innych” ukazał się w „Mieście Kobiet”. Ukazał się wywiad w czasopiśmie „Z” i czekałem na publikację w „X”. A tu, na dzień przed drukiem, telefon, że wywiad o takiej wymowie nie może się ukazać.

NIEWYGODNY DLA INNYCH, CZYLI CO SIĘ NIE PODOBA W MOICH REKLAMACH

Powód? Podobno po tekście w „Z” klienci tego dodatku (nie wiem którzy, nie wiem też ilu – może jeden, pięciu lub wszyscy, nie dostałem na ten temat dokładnej informacji) byli niezadowoleni z jego zawartości. Dlatego w „X” tekst nie może pójść, bo inni klienci mogą się poczuć dotknięci przekazem mojego materiału. Argument, że przecież płacę za jego publikację, a poza tym inni też mogą się pochwalić swoimi sukcesami, np. w trudnych przypadkach czy w poprawianiu po innych, nie okazał się skuteczny. Dowiedziałem się również, że redakcję i dział reklamy oburzył fragment o przypadku klientki, która niemal straciła wzrok. Usłyszałem, że takie rzeczy zniechęcają do korzystania z medycyny estetycznej. Ale napisałem przecież prawdę – w medycynie estetycznej zdarzają się powikłania. W innych działach medycyny też się zdarzają, usłyszałem, ale w reklamach lekarze nie piszą, że pacjent może nie przeżyć zabiegu. Było jeszcze parę innych argumentów. Między innymi takie, że środowisko lekarskie raczej stara się siebie chronić, a ja wsadzam kij w mrowisko. Jednym słowem, reklama została prewencyjnie zdjęta, aczkolwiek…. dano mi do zrozumienia, że o ile dopłacę, może być opublikowana, ale nie w części poświęconej medycynie estetycznej, tylko w głównej części numeru. A więc może być, byle nie kłuła w oczy reklamodawców z mojej branży. Czy to nie hipokryzja? A dopłacić muszę, bo z przodu reklamy są droższe.
Wywnioskowałem z tego jedno – zostałem prewencyjnie ocenzurowany. Inni mogą pisać, że mają cudowne metody, przecież często reklamuje się totalne bzdury i nikt tego nie kwestionuje. A ja nie mogę opublikować prawdziwej informacji, że w medycynie estetycznej zdarzają się zabiegi, po których człowiek… ślepnie, albo ma duże blizny. Nie pisałem we wspomnianym tekście, że jestem najlepszy, ani że powikłania mi się nie zdarzają. Napisałem coś wręcz przeciwnego.
Mój tekst ukazał się, za dopłatą, w pierwszej części numeru na str. 34, a nie w dodatku na końcu numeru, gdzie są reklamy z branży medycyny estetycznej. Tak, zdecydowałem się skorzystać z propozycji redakcji i dopłacić, żeby się tam znalazł, bo mi na tym zależało. Bo rzeczywiście poprawiam po innych. Bo zależy mi na pokazywaniu rzeczywistego obrazu medycyny estetycznej. Istnieje coś takiego, jak świadoma zgoda pacjenta na zabieg, wywodząca się między innymi z Deklaracji Helsińskiej (opisującej etykę medyczną). Pacjent ma prawo, a lekarz obowiązek rzetelnie wyjaśnić na czym polega zabieg, a także jakie jest ryzyko. I zgoda pacjenta ma mieć charakter świadomy i dobrowolny. Zresztą, jako biegły sądowy, ale i osoba myśląca rozsądnie, wiem, że to jest podstawowe rzecz – czy pacjent wiedział, jakie mogą być powikłania zabiegu czy też nie, zanim się na niego zdecydował.
Podsumowując, na szczęście jest wśród osób zajmujących się upiększaniem, wiele takich, które nie mają much w nosie i piszą do mnie lub dzwonią, prosząc o konsultację, i wysyłają do mnie swoich pacjentów w sytuacjach, gdy czują, że nie są w stanie poradzić sobie z ich przypadkami. Te osoby nie traktują mnie jak konkurencję, tylko jako wsparcie. I tak to powinno funkcjonować. Lekarze powinni sobie pomagać, ale nie na zasadzie tuszowania wpadek, ale we właściwie rozumianym interesie pacjenta.

Share this article