Temat standardów w medycynie estetycznej powraca raz po raz w moich artykułach i wywiadach. Tym razem prezentuję wywiad, który ukazał się w czasopiśmie „Miasto Kobiet”

marek-wasiluk

STANDARDY W MEDYCYNIE ESTETYCZNEJ

Równolegle z pokazywaniem niezwykłych możliwości medycyny estetycznej, mówi się coraz częściej o powikłaniach. Jak wybrać gabinet, żeby tego uniknąć?

Gabinety medycyny estetycznej różnią się zarówno wyposażeniem, jak i umiejętnościami lekarzy.
W przypadku urządzeń istnieją różnice zarówno w ich ilości, jak i jakości jakości. Przykładowo, laser laserowi nierówny. Można mieć pod taką samą nazwą urządzenie za kilkanaście tysięcy i za kilkaset, wiadomo więc, że ich działanie jest kompletnie inne.
Niestety określenie medycyna estetyczna jest nadużywane. Niektóre gabinety kosmetyczne, a nawet fryzjerskie mówią, że robią medycynę estetyczną, a mają w ofercie jej namiastkę, np. tylko mezoterapię. Kiedy ja mówię „medycyna estetyczna”, mam na myśli kompleksowe podejście, z rozłożonym na lata planem działania.
Żeby dobrze wykonywać zabiegi trzeba mieć nie tylko wiedzę, doświadczenie, sprzęt, ale też zdolności manualne i zmysł artystyczny. Trzeba umieć działać niestandardowo i wypracowywać własne procedury. W medycynie estetycznej nie istnieją bowiem jasno wytyczone standardy.

Jak to możliwe?

Chociaż brzmi to paradoksalnie, łatwiej wykonać chirurgowi operację wyrostka, bo ma konkretne procedury, których się trzyma. W medycynie estetycznej nie ma gotowych standardów, bo jest to młoda i rozległa gałąź medycyny, z wieloma trudnymi do przewidzenia sytuacjami. W dodatku jest to dziedzina rozwijająca się w zawrotnym tempie. Przykładowo, co roku zmieniam podejście do leczenia przebarwień. Zajmuję się nimi profesjonalnie od 6 lat i mogłoby się wydawać, że wiem o nich wszystko, a jednak i tak cały czas sprawdzam, co nowego pojawiło się w tym obszarze. Jeśli naprawdę chcę pomagać pacjentom, muszę się edukować non-stop i poszerzać możliwość terapii. Gdybym robił to, co inni, miałbym skuteczność leczenia przebarwień 30-40 procent, a mam niemal dwa razy wyższą.

Czy istnieją przynajmniej standardy w edukacji lekarzy medycyny estetycznej?

Niestety nie ma dobrego systemu edukacji, nie ma szkół, uczelni, kursów, które gwarantowałyby, że jak się je skończy, będzie się super specjalistą. Ja oprócz studiów medycznych, ukończyłem dwa rodzaje studiów podyplomowych z medycyny estetycznej w Polsce (na Uniwersytecie Warszawskim i w Podyplomowej Szkole Medycyny Estetycznej PTMEiAA) oraz studia na poziomie magisterskim (tzw. level 7), jedyne takie w Europie, w Queen Mary University w Londynie. Należę do pierwszego rocznika lekarzy, którzy takie studia skończyli, jestem też jedynym jak dotąd absolwentem – Polakiem. Można powiedzieć, że nie da się być już bardziej wykształconym w tej dziedzinie, a i tak cały czas się dokształcam. To gwarantuje, że jestem skuteczny, że potrafię poradzić sobie w sytuacjach uznanych przez innych lekarzy za trudne, wreszcie, że jestem odporny na marketing. Potrafię w gąszczu nieprawdziwych informacji wyłuskać te rzetelne, które w mojej ocenie stanowią zaledwie 10-20 procent. Niedawno amerykańska firma zaproponowała mi zakup najnowszego i teoretycznie najlepszego lasera. Wystarczyło mi przeanalizowanie jego parametrów, żeby wiedzieć, że są gorsze od tych, które mam w laserze kupionym siedem lat temu.

Czy brak standardów to przypadłość tylko Polski? Jak to wygląda na świecie?

Nigdzie nie ma utrwalonych standardów, więc to jest problem też innych krajów. Wynika to z ogromnej dynamiki rozwoju medycyny estetycznej. Co chwilę pojawiają się nowe urządzenia i preparaty. Wydaje mi się jednak, że w innych krajach lekarze czują się bardziej odpowiedzialni za to, co robią i nie ma takiej tendencji do kombinowania i naciągania pacjentów, jak w Polsce. Są też kraje, np. Stany Zjednoczone, gdzie lekarze ponoszą konsekwencje nieudanych zabiegów – wiele spraw kończy się odszkodowaniem dla pacjenta.

Czy istnieje jakaś nadrzędna instytucja, która mogłaby ten rynek uregulować?

Medycyna estetyczna przez to, że z założenia nie ma charakteru naukowego (nie istnieje np. na uczelniach katedra medycyny estetycznej), w dużym stopniu jest rynkiem prywatnym. Jest to o tyle wytłumaczalne, że naukowy charakter tej dziedziny trzeba dopiero wypracować. Zauważmy, że aby zostać lekarzem, nie wystarczy skończyć studia. Po nich następuje jeszcze długi okres specjalizacji, zdobywania wiedzy praktycznej i przyjmowania pacjentów pod okiem lekarzy z doświadczeniem. W medycynie estetycznej taki system jeszcze nie został wypracowany, nie ma liderów, mentorów, którzy mogliby przekazywać swoją wiedzę dalej. Zamiast tego są agresywne działania marketingowe producentów, którzy np. poprzez promocję skierowaną do pacjentów wymuszają na gabinetach zakup określonych urządzeń i preparatów (bo pacjenci pod wpływem reklamy o nie pytają).

Da się rozpoznać, kiedy zabieg jest dobry, a kiedy nadmuchany marketingowo?

Najłatwiej poznać to po tym, czy gabinet promuję w swojej ofercie metody (np. HIFU, laser frakcyjny, kwas hialuronowy), czy określone konkretną marką urządzenie lub preparaty do tych metod. Jeśli to drugie, to znak, że prawdopodobnie dał się wciągnąć w tę grę producentów i dystrybutorów. Lekarze niestety dają się w to wmanipulować, niektórzy w dobrej wierze, inni z wygody, bo to dla nich korzystne, gdy klient przyjdzie na zabieg wypromowany przez producenta.
Każdy oczywiście mówi, że jego zabieg czy urządzenie są najlepsze. Nie ma się co dziwić, producenci samochodów też mówią, że ich modele są najlepsze. Różnica polega na tym, że w przypadku aut można je obejrzeć i przetestować, a w przypadku zabiegów medycyny estetycznej nie da się tego zrobić.

Jaki były stan idealny?

Powiem w jakim kierunku to powinno zmierzać. Bardzo trudno jest wprowadzić ujednolicenie standardów, choćby dlatego, że poczucie piękna jest subiektywne, i że nie każdy lekarz jest tak samo sprawny manualnie, a ta najwyższej jakości medycyna estetyczna wymaga zmysłu przestrzennego i artystycznego. Jednak powinno istnieć jakieś minimum wymagań. Kierowcy też mają różne umiejętności, ale gdy się zdaje na prawo jazdy trzeba się wykazać pewną bazową znajomością przepisów i umiejętności praktycznych. Trzeba wiedzieć jak włączyć bieg, zahamować, co zrobić, gdy przy drodze jest znak „stop”, aby zostać prawnie akceptowalnym kierowcą.
Tak samo w medycynie estetycznej powinny istnieć podstawowe standardy, jakaś forma weryfikowalnego szkolenia czy egzaminu, być może rozbita na poszczególne etapy, tak by wiedzę móc zdobywać i poszerzać stopniowo, modułowo (np. botoks, kwas hialuronowy, metody laserowe, itp.). Te standardy powinny obejmować przede wszystkim bezpieczeństwo wykonywania zabiegów. Bez ich spełnienia wykonywanie zabiegu powinno być nielegalne.

To lekarze, a co z producentami?

Ich również powinny obowiązywać standardy, tak, aby nie było podrabianych certyfikatów, szemranych produktów. Ale ten rynek jest jeszcze trudniejszy do uregulowania. Teraz jest tak, że odpowiedzialność za źle wykonany zabieg spada na lekarza (czy kosmetyczkę), a na firmę właściwie wcale. Fakt sprzedania kiepskiego produktu nie jest nielegalny, a za podanie go i ewentualne konsekwencje firma nie ponosi odpowiedzialności. Gdy po podaniu preparatu pojawia się powikłanie wskutek alergii na niego, pacjent nie idzie z reklamacją do producenta tylko do lekarza. Firma za to nie odpowiada, bo to co sprzedaje nie jest lekiem, tylko wyrobem medycznym. To powinno zmusić lekarzy do większej czujności i świadomości tego, co kupują. Tymczasem wielu lekarzy kupuje tanie, kiepskie produkty bezrefleksyjnie.

Czy można powiedzieć, że powikłania są właśnie efektem braku standaryzacji w medycynie estetycznej?

Tak. I zdarzają się one coraz częściej. Gdy przychodzą do mnie pacjenci z problemami czy powikłaniami po nieudanych zabiegach w innych gabinetach, przekonuję się, jak kuriozalne procedury mieli zaproponowane, czy jak źle wykonane. One bardzo często nie miały prawa zadziałać. Dobrze byłoby zwiększyć też edukację pacjentów, którzy bardzo często dają się zwabić promocjami lub cenami, które dla mnie są oczywistym sygnałem, że należy się od takiego zabiegu trzymać z daleka. Jeśli wypełnianie ust kosztuje przeciętnie 1000 zł, a jakiś gabinet proponuje go za 300 zł, oczywiste jest, że używa do niego preparatu, który może spowodować takie powikłania, że ich leczenie będzie kosztowało kilka razy więcej.

 

Share this article