W najnowszym numerze „Miasta Kobiet” ukazał się wywiad ze mną, który ma związek z ukończonymi przeze mnie studiami specjalizacyjnymi, pierwszymi i jedynymi takimi na świecie, w Londynie. Opowiadam w nim nie tylko o studiach, ale tez o systemie kształcenia lekarzy medycyny estetycznej w Polsce

Lekarz ekstremalnie wykształcony

Rozmowa z dr. Markiem Wasilukiem, lekarzem medycyny estetycznej, absolwentem Aesthetic Medicine w Barts and The London School of Medicine and Dentistry na prestiżowym uniwersytecie Queen Mary University of London

Jakie wykształcenie powinien mieć lekarz medycyny estetycznej?
Nie ma żadnych uregulowań na ten temat. W Polsce zabiegi medycyny estetycznej może wykonywać lekarz jakiejkolwiek specjalizacji. W praktyce jest tak, że często lekarze, którzy chcą się zajmować tą dziedziną, podejmują studia podyplomowe z medycyny estetycznej, które są prowadzone przez różne uczelnie, a także przez Polskie Towarzystwo Lekarskie, kierowane przez dr. Andrzeja Ignaciuka. Są też lekarze, którzy umiejętności zdobywają jedynie na jedno- czy dwudniowych szkoleniach, organizowanych przez dystrybutorów oraz producentów preparatów i urządzeń wykorzystywanych w zabiegach.

Nie ma czegoś takiego jak specjalizacja z medycyny estetycznej?
Nie, ponieważ medycyna estetyczna jest ciągle nową dziedziną i bardziej niż leczeniem zajmuje się upiększaniem. Z drugiej strony jest oczywiście coraz większe zapotrzebowanie na regulacje, które by jasno określiły, kto może wykonywać zabiegi i jakie, a także jak powinien być wykształcony lekarz medycyny estetycznej. Taka próba regulacji rynku właśnie odbywa się w Anglii. Zaczęło się od afery z implantami piersi, które okazały się zwykłym silikonem technicznym. Powstało wtedy wiele raportów i analiz na temat rynku medycyny estetycznej oraz idea, aby stworzyć sposób certyfikacji i program nauczania, który zostałby włączony do systemu edukacji. Trzy lata temu Queen Mary University of London jako pierwszy uniwersytet wprowadził taki program na poziomie studiów magisterskich (tzw. level 7). Należę do pierwszego rocznika lekarzy, którzy takie studia właśnie skończyli, jestem też jedynym jak dotąd absolwentem – Polakiem. Teoretycznie mógłbym teraz pójść do Izby Lekarskiej i zgłosić spełnienie wymagań dotyczących specjalizacji z medycyny estetycznej, tyle że według systemu brytyjskiego, a nie polskiego, gdyż w naszym kraju system specjalizacji jest inaczej uregulowany, a specjalizacji z medycyny estetycznej, jak wspomniałem na początku, nie ma. Z pełną świadomością mogę powiedzieć, że nie da się być bardziej wykształconym lekarzem w dziedzinie medycyny estetycznej, niż ja jestem obecnie. Nie istnieje żaden wyższy stopień nauczania.

Jak wyglądały te studia?
Były ekstremalnie intensywne, a poziom kształcenia był bardzo wysoki. Program (prawie 1800 godz.) składał się z wielu modułów. Zaczęło się od intensywnych zajęć teoretycznych na temat skóry, jej budowy i fizjologii, których celem było zbudowanie głębokiej świadomości tych zagadnień w kontekście kojarzenia faktów i łączenia własnej wiedzy z badaniami naukowymi i praktyką. Na temat każdej poruszanej metody czy technologii – botoksu, kwasu hialuronowego i innych wypełniaczy, pilingów, laserów itp. – w ramach studiów przedstawiano podstawy teoretyczne. Informacje były uzupełniane badaniami i literaturą naukową. Sporo było zajęć poświęconych psychologii (na żadnych polskich studiach podyplomowych czy kursach nie spotkałem się z taką intensywnością omawiania tych zagadnień), w tym np. dysmorfofobii, a także zagadnieniom prawnym. Było też jednak mnóstwo informacji na temat wypadania włosów, przeszczepiania tłuszczu, komórek macierzystych i medycyny regeneracyjnej. Przez cały czas studiów non stop się uczyłem, pisałem wiele prac zaliczeniowych i egzaminów cząstkowych. Studia kończyła praca naukowa i egzamin.

To były trzecie pana studia w dziedzinie medycyny estetycznej – po studiach podyplomowych z medycyny estetycznej na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym oraz studiach w Podyplomowej Szkole Medycyny Estetycznej PTMEiAA (Polskie Towarzystwo Medycyny Estetycznej i Anti-Aging). Czym się różniły?
Oprócz liczby godzin (np. podyplomowe studia na WUM to było 200 godz. kształcenia, a w PTMEiAA ok. 400 godz., podczas gdy teraz miałem ich 1800), przede wszystkim podstawami nauczania. Program był prowadzony na podstawie EBM (evidence-based medicine, czyli medycyny opartej na dowodach), a więc wiedzy obiektywnej, a nie informacji od producentów preparatów i urządzeń. Jednym słowem wszystko, czego się uczyliśmy, miało poparcie w wynikach prac naukowych. Każde moje zadanie zaliczeniowe musiało być małą pracą naukową, napisaną na bazie publikacji w czasopismach medycznych, podczas gdy w Polsce podstawą nauczania są głównie wykłady i prezentacje, które trzeba przyjąć niejako na wiarę. W naszym kraju nawet jeśli program jest ciekawy, to gorzej jest z jego kompleksowością i realizacją, a rola uczestników jest raczej pasywna.

Jak to inne podejście do nauczania przekłada się na praktykę?
Największą wartością studiów w Queen Mary University of London jest umiejętność efektywnego szukania informacji, krytycznego ich analizowania, kojarzenia faktów oraz uczenie się niezależnego myślenia. Wielu moich pacjentów zastanawia się, skąd mam tak rozległą wiedzę i jak to możliwe, że osiągam lepsze efekty niż inni lekarze, chociaż teoretycznie posługuję się tymi samymi metodami. No właśnie dlatego, że niczego, co dostaję od producentów, nie przyjmuję na wiarę i na bazie ich preparatów i urządzeń, zgodnie ze zdobytą przez siebie wiedzą, sam opracowuję własne protokoły zabiegowe. Wiedza, o którą się wzbogaciłem, jest unikatowa, bardzo porządkuje to, co już było mi znane, ale też to, czego jeszcze nie wiedziałem lub co nie do końca rozumiałem, i od początku studiów korzystam z niej intensywnie w mojej pracy, tworząc autorskie metody, których moim zdaniem nikt w Polsce nie jest w stanie powtórzyć, oraz usprawniając metody, które znam.

Mówi pan, że jest jedynym tak dobrze wykształconym lekarzem. Ale są też inni lekarze, którzy o sobie mówią w podobny sposób, że np. jako jedyni skończyli jakiś konkretny kurs czy akademię.
Kurs kursowi nierówny. Wystarczy wrzucić nazwy i porównać programy oraz liczbę godzin. Istnieje np. w Stanach Zjednoczonych American Academy of Aesthetic Medicine. Ładnie brzmi, gdy się powie, że jest się jedynym czy pierwszym polskim lekarzem, który ją skończył. Tyle tylko, że kurs pierwszego stopnia trwa tam trzy dni, a drugiego stopnia – pięć dni, czyli w sumie 8 dni po 8 godz., co daje 64 godz. na kompleksowe szkolenie z medycyny estetycznej. Ja w ramach studiów w Londynie na tylko jeden moduł z medycyny estetycznej (np. botoks, wypełniacze) poświęcałem więcej godzin. W porównaniu ze studiami podyplomowymi w Polsce, czy studiami w Anglii, taki tygodniowy kurs medycyny estetycznej niewiele więc znaczy.Jeśli spojrzeć na intensywność zajęć i czas, jaki poświęciłem na naukę, widać, że trzeba być bardzo zdeterminowanym, aby się podjąć takich studiów jak ja, nie rezygnując z normalnej pracy. Po prostu na pewnym etapie lekarze często poprzestają na tym, czego się już nauczyli bądź uczą na krótkich szkoleniach i warsztatach organizowanych przez firmy produkujące i dystrybuujące sprzęt i preparaty, bo twierdzą, że na nic innego nie mają czasu. Ja, choć nie mam go więcej niż oni (oprócz pracy jest jeszcze rodzina), ciągle się dokształcam i dzięki temu jestem coraz bardziej skuteczny w rozwiązywaniu problemów dotyczących urody.

rozmawiała Aneta Pondo / Miasto Kobiet nr 6/2017

ekstremalnie-wykształcony

Share this article