Wiele razy podkreślałem, że medycyna estetyczna to prężnie rozwijająca się gałąź medycyny – dziedziny, która wymaga wiedzy, jakby nie było, ścisłej. Jednak ostatnio ze zdziwieniem odnotowuję, że wkracza do niej magia. Pojawia się coraz więcej „magicznych” wynalazków, nawet niektórzy lekarze zaczynają się zajmować magią, próbując zaklinać rzeczywistość.

Nie wierzcie w cudowne metody na melasmę. Nie da się zdjąć przebarwienia machnięciem różdżki. Fot. Fotolia

Nie wierzcie w czary-mary w medycynie estetycznej. Fot. Fotolia

Ostatnio powstała klinika medycyny estetycznej, która sugeruje, że zajmuje się magią, a nie medycyną estetyczną. A im bardziej się wczytać w ich stronę, tym jest tych magicznych rzeczy więcej.
Po pierwsze, mają tam sto procent zadowolonych klientów, którzy wracają na kolejne zabiegi. To wynik, którego nie da się uzyskać bez pomocy czarów. Po drugie, klinika jest… wyjazdowa. Problem w tym, że klinika, aby w ogóle mogła używać tej nazwy, musi być związana z konkretnym miejscem, spełniającym określone wymagania. A tu – proszę, nic z tych rzeczy. Czary?
Kolejne czary mary to ich najlepszy sprzęt, którym się chwalą. Jaki? Nie wiadomo, nigdzie go nie widać, co więcej w ofercie nie ma zabiegów, które wymagałyby jakiegokolwiek sprzętu poza strzykawkami i preparatami typu botoks, kwas hialuronowy, kolagen i nici. Do wykonania zabiegów przy ich pomocy nie jest konieczne żadne „szerokie doświadczenie”, którym się szczycą. Przydałoby im się jednak odrobinę więcej wiedzy. Informują bowiem, że wstrzykują kolagen w celu zagęszczania skóry, choć, o ile wiem, kolagen wstrzykuje się raczej pod skórę, więc nie da się jej nim zagęścić. Z kolei na przykład usta powiększają czerwonym kwasem hialuronowym (taki HA nie istnieje). Jeszcze a propos sprzętu, którego nie widzę w ofercie, a o którym piszą, że jest nie tylko najlepszy, ale i bezawaryjny, zastanawiam się w jaki magiczny sposób znosi podróże, bo mi się zdarzyło, że przeniesienie lasera z jednego do drugiego gabinetu rozkalibrowało go.
Magią jest dla mnie, jak ta „klinika” radzi sobie z powikłaniami, skoro odwiedza te same miejsca (jest to kilka miast w Polsce) tylko raz na trzy tygodnie. Widzę dwie możliwości: albo żadne powikłania im się nie zdarzają, i to pomimo, że wstrzykują kolagen – jeden z bardziej niebezpiecznych preparatów, mogących wywoływać powikłania (magia w czystej postaci!), albo lekarze teleportują się w razie potrzeby tam, gdzie są potrzebni. A już informacja, że pracują na „renomowanych lekach i kosmetykach”, zakrawa na magię z pogranicza horroru i eksperymentów na własnym ciele. Dlaczego? Bo na przykład certyfikowane wypełniacze to ani kosmetyki ani leki, ale wyroby medyczne. Czyżby to więc znaczyło, że stosują inne preparaty niż wszyscy? W dodatku niecertyfkowane?
Magiczne są też ich ceny, zawarte – jak informują – w koszcie materiałów. Należy więc przyjąć, że wszyscy tam pracują charytatywnie, a nawet dokładają do interesu, bo muszą przecież ponosić koszty dojazdów, noclegów, telefonów czy obsługi administracyjnej. A przy tym pracują 7 dni w tygodniu, nie potrzebują więc czasu dla rodziny ani na odpoczynek.

Obawiam się jedynie, że ten magiczny eksperyment może narobić kłopotów i nagle zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

A zupełnie poważnie – najwyraźniej na rodzimym rynku medycyny estetycznej dzieje się coraz gorzej, skoro każdy może bezkarnie wypisywać na swój temat podobne bzdury. To kompromituje całą branżę. Traci pacjent, który ma prawo czuć się zdezorientowany. Im więcej pojawia się takich „czarodziejskich” ofert, tym większe ryzyko, że źle trafi. I poniesie tego konsekwencje niestety.

Share this article