Upiększanie to temat, którym od ubiegłego roku coraz intensywniej się zajmuję i który, niespodziewanie także dla mnie samego, ma duży sens.

Myślicie, że modelek się nie poprawia? (fot. Fotolia)

Myślicie, że modelek się nie poprawia? (fot. Fotolia)

Do tej pory medycyna estetyczna, którą uprawiałem, miała na celu głównie odmładzanie rozumiane jako korektę objawów starzenia (przebarwienia, zmarszczki, chomiki i opadanie twarzy, wiotkość skóry, naczynka, itp.) lub usuwanie defektów urody (asymetrie, blizny, rozstępy, włókniaki) albo korygowanie po nie do końca udanych zabiegach. Oczywiście, w tym sensie przyczyniała się także do upiększania moich pacjentek, teraz jednak mam na myśli co innego – upiększanie jako proces, pozwalający z ładnej twarzy zrobić twarz jeszcze ładniejszą, jeszcze atrakcyjniejszą. Można się zastanowić, czy to nie fanaberia, poprawiać coś, co jest już dobre. Pewnie parę lat temu sam bym tak pomyślał. Dziś jednak widzę, że ma to ogromny sens. Przekonały mnie o tym przypadki moich pacjentek, którym w ten sposób poprawiłem komfort życia, także zawodowego. To, o czym piszę, jest potrzebne szczególnie osobom publicznym, modelkom, osobom pracującym i występującym w mediach, a myślę, że także politykom i biznesmenom, aktorkom i aktorom, czyli wszystkim ludziom, których kariera zależy od wizerunku. I nie mam tu na myśli upiększania przez wstrzyknięcie kwasu hialuronowego, czy odmłodzenie o 10 czy 20 lat.

Wiosną ubiegłego roku pojawiła się u mnie modelka (25 lat), przygotowująca się do castingu w agencji w Stanach Zjednoczonych. To było dla niej być albo nie być. Niestety bała się, że delikatna asymetria twarzy i pewna sztuczność pokrzyżuje jej plany. Jej problemem było też to, że wyglądała, jakby była po zabiegach medycyny estetycznej, gdy tymczasem dotąd niczego sobie nie robiła. Zależało jej, aby uzyskać bardziej naturalny wygląd. Wcześniej była w kilku gabinetach w Krakowie. Myślę, że lekarze, do których trafiła, nie do końca zrozumieli, o co jej chodzi, albo potraktowali jej oczekiwania jak fanaberię. W pierwszym gabinecie wykonano jej zabieg kwasem hialuronowym; wyglądała jeszcze sztuczniej. W drugim gabinecie zrobiono jej kwas l-polimlekowy, i znowu zamiast poprawy pogorszenie. W trzecim, zupełnie nie wiem po co, zrobiono jej nici (w wieku 25 lat nici w zasadzie nie zadziałają). Przyznaję, że gdy do mnie napisała, podszedłem z rezerwą do jej potrzeby poprawiania pięknej twarzy. Dlaczego? Bo wydawało mi się, że nie ma co poprawiać – buzia była ładna, choć faktycznie wyglądała na „zrobioną”, ale przecież wiele osób chce, żeby było widać. Dopiero, gdy poprosiłem o pokazanie zdjęć przed zabiegami, przyznałem jej rację. Przed zabiegami wyglądała lepiej. A po rozmowie, zrobieniu zdjęć i ich obejrzeniu zgodziłem się z nią, że rzeczywiście, była minimalna asymetria, która w bezpośrednim kontakcie nie rzucała się w ogóle w oczy, a na zdjęciach była ewidentna. I musiałem się zgodzić, że rzeczywiście wyglądała tak, jakby była „zrobiona” (także na tych zdjęciach jeszcze zanim trafiła do wspomnianych gabinetów), więc potrzeba zyskania bardziej naturalnego wyglądu była zrozumiała.
Pacjentka przyjeżdżała na zabiegi od maja do października. Dziś ma kontrakt w zagranicznej agencji w USA i jest szczęśliwa. Po zabiegach u mnie nie tylko, że wygląda naturalnie młodo i pięknie, to nie ma asymetrii, która została skorygowana TRWALE. Nie była to bowiem korekcja metodami, które po jakimś czasie się wchłoną, ale takimi, które w odpowiednich miejscach tak przebudowały jej tkankę, że teraz chociaż z wiekiem będzie się oczywiście starzeć, to punktem wyjścia jest symetryczna twarz. Ta zmiana, co podkreślam, nie dokonała się wskutek jednego zabiegu. Była kilkumiesięcznym procesem. Dla mnie fascynujące jest to, że mogę doprowadzić do tak spektakularnego rezultatu metodami, którymi dysponuję, oraz że nieznaczne korekty potrafią tak poprawić rysy twarzy, dodatkowo trwale i naturalnie. Dodam, że choć cel takich zabiegów jest zupełnie odmienny od np. usuwania defektów w rodzaju opadniętej twarzy, blizn czy przebarwień, są one równie trudne jeśli nawet nie trudniejsze – nawet pół milimetra w danym miejscu robi różnicę (na plus albo na minus niestety). I nie mówimy o poprawianiu „brzydkich twarzy” (co też da się zrobić, chociaż zazwyczaj do pewnego stopnia), tylko o zrobieni z ładnej twarzy jeszcze ładniejszej, z pozostawieniem naturalności.
Mam z tą pacjentką stały kontakt. Jest zadowolona nie tylko z efektów, ale też z tego, że nikt jej nie mówi, że coś sobie robiła. Ostatnio opisała mi zdziwienie fotografa, który po rocznej przerwie robił jej kolejną sesję zdjęciową. Dopytywał ją strasznie, czy sobie przypadkiem czegoś nie poprawiła, bo kiedyś, jak robił jej zdjęcia, to musiał korygować jej twarz na zdjęciach w photoshopie, a teraz już nie musi. I to była jedyna osoba, której „coś nie pasowało w twarzy” , ale nie był w stanie powiedzieć, co. Niestety nie mogę pokazać na blogu jej zdjęć – w tak poufnych sprawach nigdy nie będę mógł tego zrobić (mogą je natomiast zobaczyć osoby, które przyjdą do mnie na podobny zabieg). Piszę o tym, mając w pamięci inną pacjentkę, o której też już wspominałem na blogu. Pracujemy u niej nad korektą podbródka, który na obrazie z kamery wygląda jak doklejony. U kolejnej pacjentki, po niefortunnym zabiegu w innym gabinecie, twarz tak się postarzała, że zwróciła się do mnie, abym odtworzył jej wygląd sprzed zabiegu. U jeszcze innej po zabiegach twarz z ładnej zrobiła się zwykła.
Zabiegi tego rodzaju wymagają ogromnej wyobraźni, precyzji, doświadczenia i świetnej aparatury i czasu. Dla mnie to zdecydowanie największe wyzwanie na ten rok.

Share this article