Coraz więcej osób zgłasza się do mnie z powikłaniami po kwasie hialuronowym. Dla mnie to sygnał, że na rynku dzieje się coś niepokojącego. Niestety, z przykrością stwierdzam, że w każdym przypadku zabieg był wykonany przez kosmetyczkę.

Oto ostatni przypadek – dziewczyny w wieku dwudziestu kilku lat, która powiększyła sobie usta. Tydzień po zabiegu zaczęła puchnąć. Skierowała się najpierw tam, gdzie wykonała zabieg, ale powiedziano jej, że to przejdzie i żeby się ewentualnie zgłosiła do dermatologa. Poszła więc. Lekarz powiedział, że to nic takiego i że przejdzie po tygodniu, powinna tylko zażywać witaminę C. Wybrała się jednak do drugiego, ale i od niego usłyszała to samo, że przejdzie, tylko zalecenie stosowania dotyczyło nie witaminy, ale maści. Upłynęło kilka dni, ale poprawy nie było, a ból był coraz większy. Wyszukała więc w internecie informacje na mój temat i po dwóch tygodniach od zabiegu znalazła się w moim gabinecie. Wyglądała strasznie. Potworny obrzęk i widoczny gołym okiem stan zapalny. Wargi miała twarde jak kamienie. Półtora tygodnia zajęła nam procedura opanowania sytuacji. Po kolejnych 10 dniach usta doszły do siebie.

Usta pacjentki były nabrzmiałe i twarde jak kamienie.

PRZED. Usta pacjentki były nabrzmiałe i twarde jak kamienie.

 

Po mniej więcej półotra tygodnia stan zapalny został opanowany, kwas rozpuszczony, i usta wróciły do pierwotnej formy.

PO. Po mniej więcej półotra tygodnia stan zapalny został opanowany, kwas rozpuszczony, po kolejnych 10 dniach usta wróciły do pierwotnej formy.

Najstraszniejsze w całej sytuacji jest to, że dziewczyna była w trzech miejscach i nikt jej nie pomógł. Lekarze zbagatelizowali jej sprawę lub/i wykazali się kompletną ignorancją. A wystarczy logicznie pomyśleć. Gdy zdarza się uczulenie na jakiś środek, to lekarz zaczyna od tego, że eliminuje środek uczulający (oczywiście, jeśli jest to możliwe), a dopiero potem daje jakąś maść, leki czy witaminę C. To tak, jak by ktoś mając wbitą drzazgę w palec, która zaczyna ropieć, nie rozpoczął terapii od usunięcia drzazgi, ale od podania antybiotyku. W przypadku tej pacjentki w ogóle o to nie zadbano, a przecież ewidentnie wstrzyknięto jej coś, co ją uczulało, miała wyraźny stan zapalny. Czy to oznacza, że żaden z tych dermatologów nie wiedział, na czym polega wstrzyknięcie kwasu hialuronowego? I że można go usunąć?

No bo można się domyślić, dlaczego nie pomogła jej kosmetyczka wykonująca zabieg. Po prostu prawdopodobnie nie wiedziała jak… A dobrze byłoby, aby miała przynajmniej podstawową wiedzę, że trzeba odesłać pacjentkę do lekarza medycyny estetycznej na rozpuszczenie kwasu. I to właśnie zrobiłem, kiedy pacjentka trafiła do mnie – zacząłem od rozpuszczania kwasu hialuronowego, ale też nie naraz, tylko etapami. Konieczne było również podanie leków przeciwzapalnych i sterydów. Jak pisałem, opanowanie sytuacji zajęło półtora tygodnia. Gdyby zajęto się pacjentką w gabinecie, w którym zrobiła zabieg i do którego w pierwszej kolejności skierowała swe kroki, zajęłoby to trzy do pięciu dni. I tak miała bardzo dużo szczęścia, że trafiła do mnie 2 tygodnie od zabiegu, a nie np. miesiąc, i że skóra nie rozciągnęła się za bardzo, i mogła odzyskać dawny kształt.

Kompetencje kosmetyczek w omawianym zakresie są niskie, ale trudno się dziwić, skoro zazwyczaj uczą się one wstrzykiwania kwasu hialuronowego na kursach organizowanych przez dystrybutorów preparatów. Dowiadują się tam głównie tego, gdzie się ten kwas wstrzykuje (choć, kiedy rozpuszczałem kwas u omawianej pacjentki, zauważyłem, że podano go za dużo, za głęboko i w naprawdę dziwnych miejscach!). Nie przekazuje im się dokładnej wiedzy o tym, jak działa kwas hialuronowy, i że jest to implant, który jak każdy może wywołać reakcje niepożądane. Ci, którzy prowadzą takie kursy są zainteresowani sprzedażą preparatów, więc nie mają interesu w tym, aby straszyć kosmetyczki powikłaniami, bo a nuż któraś nabrałaby wątpliwości, czy ma odpowiednie kompetencje do wykonywania zabiegu. Na szkoleniach pokazuje się więc wszystko w pozytywnym świetle, żeby zachęcić do wykonywania zabiegów i sprzedać preparat, tymczasem nie ma super bezpiecznego zabiegu inwazyjnego, a podawanie kwasu hialuronowego jest jednym z nich. Zresztą, podanie kwasu to najmniejszy problem. Problemy zaczynają się wtedy, gdy zdarzają się powikłania, a te ostatnio nie są rzadkością.

Co do rozpuszczenia kwasu hialuronowego, to niektórzy boją się podawać hialuronidazę twierdząc, że może rozpuścić własne tkanki pacjenta… Nonsens – hialuronidaza rozpuszcza tylko kwas hialuronowy, choć oczywiście nie rozpoznaje, który kwas jest własny, a który sztuczny. To jednak nie ma większego znaczenia, bo przecież połowiczny czas rozpadu kwasu hialuronowego w skórze to zaledwie dwa dni. Nawet więc, gdy rozpuścimy własny HA pacjenta, to najdalej po kilku dniach na jego miejsce powstanie nowy. Oczywiście trzeba wiedzieć, gdzie i ile podać preparatu. Przeciwnicy stosowania hialuronidazy próbują do rozpuszczania kwasu stosować HIFU lub radiofrekwencję kontaktową, co może wręcz zaszkodzić, ponieważ rozgrzewając tkankę mogą one rozpuścić nie tylko kwas hialuronowy, ale też własny tłuszcz pacjenta. A zmniejszenie objętości tkanek podtrzymujących skórę na twarzy o 1-2 mm robi wielką różnicę! Poza tym metody te nie zapewniają tak szybkiej reakcji, jak rozpuszczenie kwasu hialuronidazą. A to w takim przypadku jak opisany powyżej jest bardzo ważne.

Dlaczego nastąpiła u pacjentki taka reakcja na podanie kwasu hialuronowego? Ponieważ badania pod kątem chorób autoimmunologicznych niczego nie wykazały, wnioskuję, że mogła to być reakcja na złej jakości kwas.

Share this article