Może mi ktoś zarzucić, że jestem monotematyczny, pisząc znów o HIFU, ale czuję się do tego zobowiązany, kiedy widzę, co się dzieje na rynku medycyny estetycznej.

Dostrzegając ogromne zalety HIFU warto też pamiętać o ograniczeniach tej metody (fot. arch. własne)

 HIFU to świetny zabieg, którego popularność może stać się przyczyną jego…upadku (fot. arch. własne)

Przypomnę, że HIFU to technologia, która wykorzystuje skoncentrowane ultradźwięki do podgrzania tkanek w głębokich partiach po to, by w efekcie ich kontrolowanego poparzenia doprowadzić do stymulacji odnowy tkanek. Największą zaletą HIFU jest to, że działa głęboko, w skórze właściwej lub jeszcze głębiej, bez naruszania ciągłości naskórka i nie powodując powierzchownych poparzeń, gdyż energia kumuluje się punktowo.
Ten świetny zabieg, który jest zdecydowanie zabiegiem medycyny estetycznej, przeznaczonym do stosowania przez lekarzy, przeżywa teraz okres ogromnej popularności, która może być paradoksalnie przyczyną jego zguby. Chodzi o to, że mnóstwo gabinetów bezrefleksyjnie wprowadza HIFU do oferty, nie mając świadomości, że brak wyraźnych śladów na skórze po zabiegu wcale nie oznacza, że jest to zabieg nieinwazyjny (ślady bowiem są, i to mocne, ale w głębi skóry). Co za tym idzie, ściągają aparaty tanie, wątpliwej wiarygodności. W produkcji takich tanich urządzeń do HIFU przodują Chiny. Co gorsza, w związku z popularnością HIFU, nakręcaną przez akcje promocyjne, zaczyna się mówić o tym zabiegu, że jest niemal na wszystko. Słyszałem już, że nawet na przebarwienia i naczynka, co jest totalną bzdurą.
Lubię zabieg HIFU, cenię go za wiele możliwości, jakie daje, i wkurza mnie to, że wykorzystuje się jego popularność nie po to, aby solidnie wykonywać zabiegi, do których ta metoda jest przeznaczona, tylko by zrobić z niego maszynkę do zarabiania pieniędzy w sposób prowadzący często do popsucia opinii o skuteczności HIFU (przez bezsensowne proponowanie i wykonywanie na wskazania do których się nie nadaje) i do powikłań, czyli ze szkodą dla pacjenta. Chciałbym zatem jeszcze raz podkreślić, ze HIFU jest zabiegiem INWAZYJNYM i trzeba zachować swoiste BHP zabiegowe, aby był bezpieczny. Odsyłam do innych moich tekstów, w których odnosiłem się do tych kwestii, opisywałem też prawdziwe przypadki poważnych powikłań po HIFU, na przykład uszkodzenie nerwu.
Trzeba pamiętać, że HIFU jest przede wszystkim zabiegiem liftingującym (a nie nastawionym na poprawę jakości skóry, bo działa punktowo, ale też zazwyczaj za głęboko; na jakość skóry są inne świetne metody, z laserem frakcyjnym ablacyjnym na czele), aczkolwiek z zastrzeżeniem, że nie w każdym miejscu się sprawdza, nie na każdego zadziała, i nie każdym urządzeniem da się uzyskać pożądany efekt. Tymczasem są firmy, które chciałyby z niego zrobić kombajn na wszystko i chwalą się, że mają specjalną końcówkę do działania na skórę (normalne końcówki działają głębiej – na skórę właściwą i tkankę podskórną), czy pod oczy, która sięga do 1,5 mm czy 2 mm w głąb skóry.
Ja też mam tę końcówkę, ale jej nie stosuję, z dwóch powodów. Po pierwsze na poprawę kondycji skóry są inne skuteczniejsze, i tańsze metody. A po drugie, bo to jest niebezpieczne. HIFU, jak pisałam na początku, działa przez podgrzewanie, czyli w konsekwencji powoduje poparzenie tkanek, a ściślej, tworzą się w nich kuleczki oparzeń. Nie widać ich na powierzchni, znajdują się głębiej. Na jakiej głębokości, to zależy od kilku rzeczy, nie tylko od rodzaju końcówki (na jaką głębokość działa), ale też dokładności jej przyłożenia. Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, to głębokość zadziałania HIFU może się przesunąć, i w efekcie można zadziałać nie na tej głębokości co chcemy (zbyt płytko). Oczywiście rozwiązaniem jest zmniejszenie „mocy”, czyli wykonywanie słabego zabiegu na skórę, wtedy nic złego się nie zdarzy, ale też nie będzie za wielkiego efektu. Jednym słowem, stosowanie HIFU dla poprawy jakości skóry to nie jest zabieg z wyboru, są na to zdecydowanie lepsze metody. Bez sensu jest też szeroko reklamowane przez gabinety HIFU pod oczy. Tymczasem producenci, łasi na nową grupę odbiorców, wprowadzili specjalną końcówkę do zabiegów pod oczy właśnie. Skóra jest tam bardzo cienka (ok. 1 mm grubości), a pod nią jest tłuszcz i mięśnie. Na tak cienką skórę nie ma w praktyce jak zadziałać tą metodą. Jeśli zadziałamy słabo, to tylko rozpuścimy tłuszcz pod skórą. Jedyne, co mogłoby mieć sens, to zadziałanie na tyle mocno, żeby rozpuścić tłuszcz, ale też doprowadzić do wytworzenia się w jego miejsce zwłóknienia. Ale wierzcie mi, że pod oczy jest wiele innych, lepszych rozwiązań.
Gabinety zachowują trochę się jak żołnierz, któremu powierzono obsługę drona, przy pomocy którego można zabijać ludzi na końcu świata. Siedzi sobie komfortowo przy komputerze i tylko naciska odpowiednie klawisze, a że nie widzi na żywo tego, co naprawdę robi, jakie skutki powoduje jego działanie, więc przychodzi mu to łatwo. Bo prawda jest taka, że ludzie nie potrafią obsługiwać HIFU. Albo działają za słabo, albo za mocno. Tymczasem „za mocno” nie zawsze znaczy „lepiej”. Miałem dwa takie przypadki, gdzie trudno mi było uwierzyć, że to co widziałem, zostało spowodowane prze HIFU. A jednak. Najpierw pojawił się pan, który po zabiegu HIFU zaczął przypominać… chomika. Twarz zmieniła mu się tak, jakby przytył 20 kilo. Przyznaję, że na początku nie do końca mu uwierzyłem, że to po HIFU. Owszem, wiadomo, że po źle wykonanym zabiegu, wskutek utraty tkanki tłuszczowej, komuś opadła twarz, ale żeby „przytyć”? Kiedy jednak parę tygodni później pojawiała się pacjentka z podobną przypadłością, zacząłem to analizować, i doszedłem do wniosku, że jest to teoretycznie możliwe (i praktycznie, jak widać, też było). Tak może się zdarzyć wskutek zbyt mocnego zabiegu. Wówczas dochodzi do mega stymulacji i potężnych zwłóknień, powodujących taki właśnie, monstrualny efekt, nieestetyczny efekt.

Share this article